Kultura prokolumbijska w Meksyku.

Kultura prokolumbijska w Meksyku.

Aztekowie, zwani również Mexikowie (czyt. Meszikowie) – najsilniejszy w prekolumbijskim Meksyku naród indiański, posługujący się językiem nahuatl z rodziny utoazteckiej. W momencie konkwisty przewodzili najsilniejszej federacji państw na obszarze Mezoameryki.

Termin Azteca pierwotnie oznaczał „ludzi z Aztlan” i odnosił się jedynie do niewielkiego plemienia, które (jako ostatnie spośród wszystkich ludów Ameryki Środkowej) przybyło na obszar Płaskowyżu Meksykańskiego w XIII wieku. Z czasem jednak ludowi temu udało się podbić i częściowo zasymilować wiele innych ludów, dzięki czemu Aztekowie stali się mniejszością w samym Tenochtitlan.

Tenochtitlan („Kaktusowa Skała”) – stolica państwa Azteków, założona około 1325 roku na brzegu jeziora Texcoco. Najważniejszym obiektem była schodkowa piramida z umieszczoną na jej szczycie świątynią z podwójnym sanktuarium (Templo Mayor), podwójne sanktuaria to zwyczaj Cziczimeków. Jedno z nich było poświęcone Tlalocowi a drugie Huitzilopochtli. Bogom tym składano ofiary z ludzi. Czaszki ofiar przechowywano w tzw. tzompantli. Był to zbiornik otoczony kamiennym murem o wymiarach 52 x 22 x 9,0 m. Zbiorniki tego typu stanowiły swoisty powód dumy Azteków, świadczący o ich wkładzie w ocalenie świata (karmienie bogów). Wewnątrz centrum znajdowała się także świątynia Quetzalcoatla oraz boisko do gry w pelotę. Na początku XVI wieku w Tenochtitlan mieszkało ponad 200 tysięcy ludzi, co czyniło je jednym z największych miast świata.

Prapoczątki Azteków opisuje średniowieczny dokument indiański, zwany także „Wstęgą Wędrówki”. Opowiada on, iż Aztekowie natknęli się pewnego dnia na kamienną głowę boga Huitzilopochtli, która wydawała z siebie dziwne świszczące dźwięki. Huitzilopochtli obiecał im, że uczyni ich panami całego Meksyku i wskaże im miejsce do osiedlenia się, jeżeli tylko zabiorą kamienną głowę ze sobą. Zgodnie z legendą, Aztekowie posłuchali swego nowego boga i wyruszyli z mitycznej krainy Aztlan (Miejsce Czapli), znajdującej się daleko na północy, przypuszczalnie w rejonie dzisiejszego amerykańskiego stanu Nowy Meksyk.

Osiedlili się na krótko w miejscu zwanym Chicomóztoc (Siedem Grot – mityczne miejsce wymieniane w mitologiach wielu ludów Mezoameryki). Następnie w 1163 przybyli do Coatepez (w pobliżu miasta Tula) i ostatecznie w 1168 do samej Tuli – oddalonej o 64 kilometry od brzegów jeziora Jezioro Texcoco.

Dopiero po niemal 200 latach od przybycia do Tuli, po ciągłym poszukiwaniu miejsca do zamieszkania w okolicach jeziora i walkach z okolicznymi plemionami, bóg Huitzilopochtli wskazał Aztekom miejsce na ostateczną siedzibę – według azteckiego kalendarza był to rok 1325 – na niewielkiej wyspie u źródeł strumienia. Pod skałą, z której wypływał, ujrzeli Aztekowie kaktus, na którym orzeł pożerał węża. Kapłani ogłosili, iż jest to długo oczekiwany znak od Huitzilopochtli, wobec czego Aztekowie na wyspie założyli miasto Tenochtitlan – Miejsce Owocu Kaktusa lub Kaktusowa Skała.

W rzeczywistości powód założenia miasta na wyspie mógł być o wiele bardziej prozaiczny: teren wokół jeziora w chwili przybycia Azteków był już od dawna podzielony między silne i zorganizowane miasta, a nowo przybyłym zwyczajnie mogło brakować siły do podbicia któregoś z sąsiadów.

Aztekowie używali do zapisu pisma piktograficznego (obrazki oddające elementy rzeczywistości) z elementami logograficznymi (odpowiadających na ogół sylabom lub spoółgłoskon) reprezentujące symbol-obiekt, który nie jest już związany z tym obiektem. Podobnie jak to miało miejsce w sumeryjskim piśmie klinowym. W języku polskim zapożyczyliśmy sobie niektóre słowa z języka nahuatli: kakao, awocado, chili, kojot, quacamole. Toltekowie według niektórych środowisk naukowych reprezentowali się wysokim jak na tamte czasy poziomem kultury o konstrukcji filozoficznej. Władcy różnych cywilizacji: Azteków, Majów, Quiche – odłam Majów posługujący się językeim kiche z rodziny majańskiej, których głównym zajęciem była uprawa zbóż, chodowla zwierząt, tkactwo, garcarstwo. Dzisiejsze kiche są głównie katolikami lecz zachowali częściowo dawne wierzenia i stare obyczaje. Druga grupa „Itza” wywodzi swoje pochodzenie od mitycznych tolteckich władców-bogów jak Quetzalcoalt – pierzasty wąż, uważany za współtwórcę świata oraz słońce wiatru (nahui ehecatl) w drugiej epoce świata (obecnie żyjemy w piątej). Według wierzeń Indian był bogiem wiatru, nieba i ziemi, uznawany za bóstwo wody i płodności. Urodzony przez boginię dziewicę Coatlicue, jego bratem bliżniakiem był Xoloti, pan ciemności.

Xolotl

Xolotl był bóstwem 17 dnia miesiąca według kalendarza Azteków, który składał się 365 dni podzielonych na 18 miesięcy poi 20 dni oraz dodatkowych pięć dni (nemotemi – bez imienia, numerowanych od 0 do 4). Te dodatkowe dni przynosiły nieszczęścia. Każdy miesiąc miał nazwę związaną z rolnictwem, rozwojem roślinności pracami polowymi. Kolejne dni były numerowane od 0 do 19. Aztekowie według tego kalendarza świętowali I składali ofiary. Znani byli ze składania ofiar z ludzi.

Miesiąc aztecki / Czas trwania w obecnie obowiązującym kalendarzu / Obrzędy

1. Atlcoualco (brak wody)
– 12 lutego – 3 marca
– wywoływanie deszczu, ofiary dla Tlaloca

2. Tlacaxipeualiztli (obdzieranie ludzi ze skóry)
– 4 marca do 23 marca
– czas siania, tańce kapłanów przybranych w ludzką skórę.

3. Tozoztontli (krótki post)
– 24 marca do 12 kwietnia
– oczekiwanie deszczu, ofiary dla Tlaloca.

4. Tozoztli (długi post)
– 13 kwietnia do 2 maja
– obrzęd puszczania krwi.

5. Toxcatl (suchy)
– 3 maja do 22 maja
– początek pory deszczowej, ofiary z dzieci.

6. Etzalqualiztli (potrawa z bobu, fasoli)
– 23 maja do 11 czerwca
– oczekiwanie na deszcz.

7. Tecuhilhuitontli (małe święto książąt)
– 12 czerwca do 1 lipca
– oczekiwanie na deszcz, ofiara z kapłanki.

8. Hueitecuhilhuitl (wielkie święto książąt)
– 2 lipca do 21 lipca
– święto bogini młodej kukurydzy, ofiara z dziewczyny.

9. Tlaxochimaco (narodziny kwiatów)
– 22 lipca do 10 sierpnia
– święto indyków i placków z kukurydzy.

10. Xocotlhuetzi (spadanie owoców)
– 11 sierpnia do 30 sierpnia
– ofiara całopalna.

11. Ochpaniztli (czas zamiecionych dróg)
– 31 sierpnia do 19 września
ofiara z kobiety uosabiająca dojrzałą kukurydzę.

12. Teotleco (przyjście bogów)
– 20 września do 9 października
– ofiara całopalna na cześć powracających bogów.

13. Tepeilhuitl (święto gór)
– 10 października do 29 października
– ofiara dla Tlaloca z kobiet i mężczyzn.

14. Quecholli (czapla)
– 30 października – 18 listopada
– czterodniowy post, przegląd broni.

15. Panquetzaliztli (podniesienie sztandaru)
– 19 listopada do 8 grudnia
– święto ku czci boga wojny, ceremonialne potyczki.

16. Atemoztli (spłynięcie wód)
– 9 grudnia do 28 grudnia
– dary dla boga domowego ogniska.

17. Tititl (surowa pogoda)
– 29 grudnia do 17 stycznia
– ofiara z kobiety, magiczne wywoływanie deszczu przez płacz dzieci i kobiet.

18. Izcalli (zmartwychwstanie)
– 18 stycznia do 6 lutego
– wypiek placków z kukurydzy, składanie ofiar z jeńców co cztery lata.

19. Nemotemi (dni pechowe)
– 7 lutego do 11 lutego
– zakaz uroczystości.

Drugim kalendarz używany przez Azteków był kalendarzem wróżbiarski (Tonalpohualli), według którego przepowiadano przyszłość narodzonego w tym dniu człowieka. Składał się z 260 dni (tonalli) podzielonych na tygodnie. Każdy tydzień miał 13 dni oznaczonych cyframi dni. Nazwy dni określone były 20, cyklicznie powtarzające się symbolicznymi nazwami:

1. Mazatl – jeleń
2. Acatl – trzcina
3. Xochitl – kwiat
4. Mizquiztl – śmierć
5. Guiahuitl – deszcz
6. Malinalli – trawa
7. Coatl – wąż
8. Tecpatl – nóż kamienny
9. Ozomahtli – małpa
10. Ciutzpallin – jaszczurka
11. Ollin – trzęsienie ziemi
12. Ttzauitli – pies
13. Calli – dom
14. Cozcauauhtli – sęp
15. Alt – woda
16. Ehauhtli – orzeł
17. Tochtli – królik
18. Cipactli – krokodyl
19. Ocetoti – jaguar

Dwudziestodniowe cykle podporządkowane były wpływom 4-ch stron świata. Dla wierzeń azteckich najważniejszy był moment zrównania się dwóch kalendarzy, który przypadał co 52 lata. Był to moment wielkiej uroczystości decydujący o dalszym istnieniu świata. Właśnie w takiej chwili przypadał koniec każdej z poprzednich epok. Tej nocy nikt nie mógł zasnąć, kapłani mieli obowiązek odczytać z układu planet i gwiazd dalsze losy świata.

Kiedy było już wiadomo, że świat będzie istniał nadal rozpalano ogień i ofiarowano słońcu ludzkie życie. W trakcie uroczystości rozpalano ogień na piersi jeńca a jego serce składano w ofierze bogu a ogień „karmiono” ciałem. Tak rozpalony ogień Aztekowie zanosili do domu. Według wierzeń Azteków takim sposobem ocalali następne 52 lata.

Pietra del Sol

Najważniejszym zabytkiem związanym z aztecką rachubą czasu jest Pietra del Sol – kamień słońca. Jest to kamienny dysk nazwany kalendarzem azteckim. Płaskorzeżba, na której powierzchni interpretowany jest mit o słońcach związanych ze stworzeniem świata.

Aztekowie wierzyli, że najważniejszym władcą jest dwoisty bóg składający się z pierwiastka męskiego Ometecuhtli (Pan Dwoistości) i żeńskiego Omecihuatl (Pani Dwoistości). Zasiadali w Najwyższym Niebie – według ich wierzeń a było ich 13-naście. Mieli czterech synów: Tezcatlipaca, który urodził się czerwony, drugi Yayauhqui, urodził się czarny, trzeci Quetzalcoatl lub Yuhucalli Ehecatl, najmłodszy Huitzilopochtli urodził się leworęki i bez ciała, miał tylko kości.

Pan i Pani dwoistości powierzyli synom stworzenie świata. Dwaj starsi synowie polecili wypełnić zadanie młodszym braciom a ci stworzyli ogień i połowę słońca. Następnym ich tworem był mężczyzna, któremu nakazali pracować w polu oraz kobieta, której dano w darze ziarna kukurydzy i warsztat tkacki. Następnym tworem był kalendarz podzielony na dni bogów piekła, niższe poziomy nieba i bogów tam zamieszkałych. Później stworzono wodę i rybę. Z ryby uczyniono ziemię. Jednak słońce, którego była tylko połowa nie ogrzewało ziemi, zatem przystąpili do stworzenia drugiej połowy. Pierwszym słońcem stał się Tezcatlipoca.. W tym czasie ziemię zamieszkiwali giganci. Tezcatlipoca był słońcem 13 razy po 52 lata. Po tym czasie spadł do wody uderzony kijem przez Quetzaleotla. W ten sposób słońce przestało istnieć, wyginęli giganci.

Kolejnym słońcem stał się Quetzalcoatl ponownie zaludniono ziemię, jego epoka trawała tyle samo czasu co epoka pierwszego słońca. Tym razem Tezcatlipoca, kopnął Quetzalcoatla i uczynił wielki wiatr, została zniszczona ziemia. Trzecim słońcem był Tlaloc – bóg deszczu, ale zniszczył go ogień spuszczony z nieba, czwartym słońcem była żona Tlaloca – Chalchiuhtlicue, jej epokę zakończyły ogromne opady deszczu, które spadły z nieba na ziemię.

Aby stworzyć piąte kolejne słońce bogowie poświęcili swoje życie oddając własną krew by wprowadzić słońce w ruch., lecz jako istoty nieśmiertelne pojawiły się w dalszej historii świata.

Mictlan

Aby odrodzić człowieka Quetzalcoatl musiał zejść do podziemnego świata Mictlanu – piekła, do którego mieli trafić wszyscy słabi. W dostaniu się do niego pomagał bóg Xolotl. Zmarli przechodzili różne etapy piekła poddawani różnym magicznym próbom. Aby osiągnąć ostateczny spokój dusze musieli przejść przez 9 miejsc w ciągu 4 lat. W tej podróży towarzyszy pies koloru płowego i wiele amuletów.

Trzynaście nieb, oraz 9 poziomów podziemia, w które wierzyli Aztekowie.

Krainy były oznaczane paskami w trzech kolorach- czerwonym, żółtym i niebieskim, na których widniały symbole gwiazd i mieszkających tam bóstw.

Podziemie składało się z kilku pięter lub rejonów- najczęściej z dziewięciu. Najwyższym poziomem kosmosu był Omeyocan – niekiedy nad nim umieszczano Tamoanchan, najniższym był Itzmictlan apochcalocan nazywany częściej Mictlan

13 Poziomów Nieba

13 poziomów Nieba, w które wierzyli Aztekowie:
1. Ilhuicatl Tlalocan ihuan Metztli („Niebo Tlalocanu i Księżyca”)
2. Ilhuicatl Citlalicatl („Niebo Spódnicy z Gwiazd”)
3. Ilhuicatl Tonatiuh („Niebo Słońca”)
4. Ilhuicatl huixtotlan („Niebo – Miejsce Soli”)
5. Ilhuicatl mamalhuacoca („Niebo, Gdzie Jest Świder Ogniowy”)
6. Ilhuicatl yayauhca („Niebo Ciemne”)
7. lhuicatl xoxouhca („Niebo Zielone”)
8. Iztapalnacazcayan („Miejsce Mające Kąty z Obsydianowych Płyt”)
9. Teotl iztacca („Biały Bóg”)
10. Teotl cozauhca („Czerwony Bóg”)
11. Teotl tlatlauhca („Czerwony Bóg”)
12. Omeyocan
13. Omeyocan

Omeyocan było często uważane za dwunaste i trzynaste niebo, choć inne źródła wymieniają osobno bogów tych poziomów. I tak w dwunastym panem był bóg Tlahuizcalpantecutli, a w trzynastym niebie, bóg dwoistości Ometecutli.

9 Poziomów Podziemia

W mitologii Azteków kraina Podziemi nazywała się Mictlan był uważany za krainę świata podziemnego gdzie przebywali zmarli, którzy nie dostąpili zaszczytu wędrowania po niebie wraz ze słońcem.

1. Tlalticpac
2. Apanohuayan („Przejście Wód”)
3. Tepetl monanamicyan („Miejsce, Gdzie Zderzają się Góry”)
4. Itztepetl („Obsydianowa Góra”)
5. Itzehecayan („Miejsce Obsydianowego Wiatru”)
6. Pancuecuetlacayan („Miejsce, gdzie Powiewają Chorągwie”)
7. Temiminaloyan („Miejsce, gdzie Ludzie są Pod Silnym Ostrzałem”)
8. Teyollocualan („Miejsce, Gdzie są Zjadane Ludzkie Serca”)
9. Itzmictlan apochcalocan („Obsydianowe Miejsce Śmierci, Miejsce bez Dymika”).

Najważniejsze krainy:
– Omeyocan
– Tamoanchan
– In Ichan Tonatiuh Ilhuicac
– Cihuatlampa
– Cincalco
– Tlalocan
– Xochiatlalpanlub Chichihualcuauhco
– Tllilla-Tlapallan („Świat Bezcielesnych”)
– Aztlan
– Chicomoztoc
– Collhuacan
– Huehuetlapllan

Klasyczne obrazy meksykańskiej sztuki: Słońce i Księżyc świadczą, że Aztekowie adorowali ich jako bogów. Dzień i noc, które dają życie, ich uprawy i chronią ich przed złem.

Aztekowie uważali Słońce i Księżyc, za ich wysokich bogów, ponieważ energie słoneczne potrzebne są do zbioru upraw i Księżyca aby chronić je przed złem. Ponieważ uwielbiali te dwa symbole życia, zbudowano dwie duże Piramidy i nazwali je: większą „Słońce”, a drugą mniejszą „Księżyc”. Te dwie piramidy znajdują się w Teotihuacan.

Piąta epoka świata czyli „z kości ludzi” znajdujących się na świecie stworzyli nowych mieszkańców ziemi tzw. macehuceles, ci którzy zawdzięczają swoje życie pokucie. Quetzalcoatl prosił władców Mictlanu o wydanie szczątków ludzi z poprzednich nie istniejących już światów. I natychmiast skrzyknęli się bogowie.

Rzekli: „Kto zamieszka ziemię? […] I wnet udał się Quetzalcoatl do Mictlanu, zbliżył się do Mictlantecuhtli i do Mictlancihuatli, i tak do nich rzekł: „Przybywam w poszukiwaniu drogocennych kości, które ty przechowujesz, przychodzę, żeby je zabrać.” […] „Bogowie pragną, by ziemia była zamieszkana.” Odpowiedział mu Mictlantecuhtli: „Niechaj tak będzie, uczyń tak, by zadźwięczała muszla (ślimaka), i okrąż nią czterokrotnie mój cudowny krąg”. (Dokument indiański -Annales de Cuauhtitlan w języku nahuatl)

Wędrówka z piekieł była bardzo niebezpieczna, tam zabrano prochy zmarłych – kości, ale ofiarowano za nich własną krew, w ten sposób powołano na nowo człowieka do życia według azteckich wierzeń.

Kolejność epok jest zapisana na kamiennym dysku Piedra del Sol
1. Słońce Ziemi – Nahui Ocelotl
2. Słońce Wiatru – Nahui Ehecatl
3. Słońce Ognia – Nahui Quiahuitl
4. Słońce Wody – Nahui Atl
5. Słońce Ruchu – Nahui Ollin

Tezcatlipoca i Quetzalcoatl stworzyli również drogę mleczną.

Źródło: http://www.vismaya-maitreya.pl/zakryte_zagadki_kultura_prekolumbijska_w_meksyku_cz3.html

Kitek.

Kitek.

Autor: MARIA MATUSZ
Mój mąż nie lubił kotów. Miał z młodości niemile wspomnienie zapachu klatki schodowej i piwnicy domu, gdzie – karmione przez samotną sąsiadkę – koty znajdowały schronisko zimą i latem. Charakterystyczny koci zapach przenikał do mieszkań osiedlowego bloku. Wgryzał się w ściany korytarza, poręcze schodów, w leżące przed drzwiami mieszkań wycieraczki i mieszał się, zwłaszcza wczesną wiosną, z wonią przejrzałych ziemniaków i cebuli w piwnicznych komórkach. Karmione dobrym, tłustym mlekiem koty przemierzały rano osiedlowe uliczki, gdy dzieciarnia zajęta w szkole, nie przeszkadzała im w leniwych wędrówkach. Wieczorem natomiast przemykały prawie niepostrzeżenie pomiędzy krzakami gęstego ligustru, bojaźliwie omijając grupki młokosów.

W moim rodzinnym domu zawsze były psy. Pierwszy, Łapek, jak pamiętam, był zwykłym kundlem, mądrym i czarnym jak noc. Drugi, zwany z angielska Dogi, miał myśliwską żyłkę, bo zdarzało mu się przynosić pod schody naszego domu upolowane kaczki z zagrody sąsiada. Aby uprzedzić kolejne kłótnie z sąsiadem, tato ogrodził działkę wyższym płotem. Nie na wiele to się zdało, bo Dogi zawsze znalazł wyjście. Dopiero w późnym wieku zrezygnował z nocnych wypraw i polowań.
Pamiętam też, że w naszym ogrodzie przez wiele lat mieszkał duży, szary kocur. Mama dokarmiała go wytrwale, a zimą zawsze przygotowywała szczelinę w okienku piwnicznym, aby mógł przetrwać mroźne tygodnie. Zdarzało mu się wchodzić do kuchni, ale tylko wtedy, gdy krzątała się tam mama. Tylko jej pozwalał się pogłaskać, a dla pozostałych domowników był wyniosły i nieprzystępny… Nie pozwolił się polubić.

Wiele lat później w mojej własnej rodzinie też pojawił się pies. Korę, pięciotygodniową suczkę, przyniosła sąsiadka. Wiedziała, że jestem psiarą, więc wmówiła mi, że mój mały syn musi mieć zwierzątko. Sąsiadka w ten sposób pomagała zaprzyjaźnionemu hodowcy psów w pozbyciu się kilku szczeniąt z nieprawego miotu. Nie upilnował swojej rasowej suczki i na świat przyszło siedem pięknych, prawie rasowych gordon-seterów.
Kora była kochana, mądra i wyjątkowo ufna. Uwielbiała mojego męża, który regularnie wychodził z nią na spacery. Mąż, wtedy jeszcze młody człowiek, nosił długie ciemne włosy rockmana, a Kora miała charakterystyczne dla tych seterów zwisające czarne uszy i czarną, długą po bokach sierść. Pewnego dnia, po szkole, wpadł do domu nasz ośmoletni synek, wykrzykując, że tato musi obciąć włosy, bo wszyscy mówią, że jest podobny do… Kory. Mąż włosów nie obciął (wkrótce same wyszły), ale Korunia pana uwielbiała i była to – jak mówi mąż – „jedyną istotą w tej rodzinie, która go słuchała”. Uwielbiała także jazdę samochodem i nienawidziła kąpieli, chociaż była wodołazem z urodzenia. Na hasło „kąpaj, kąpaj” wchodziła pod stół i trudno ją było stamtąd wyciągnąć.

W Nowym Jorku wynajęliśmy mieszkanie z zastrzeżeniem: „bez psów, bez kotów”. Kitek pojawił się u nas mimo wszystko. Był maleńki, najmniejszy z kilku kotków zgromadzonych w małej klatce pobliskiego sklepu zoologicznego. Nasz drugi syn, tu już urodzony, wybrał go po parodniowej obserwacji wystawy sklepowej. Mąż, początkowo bardzo przeciwny, musiał się zgodzić, bo… nie miał wyjścia. Został przegłosowany. Starszy syn, ja i mały byliśmy za! Mąż był w mniejszości. Kotek, nazwany górnolotnie przez małego Lukas (z „Gwiezdnych wojen” oczywiście), został po prostu… Kitkiem.
Wkrótce na studia wyjechał starszy syn i młodszy wracał po szkole sam do domu. Kitek codziennie czekał na niego pod drzwiami. My, zapracowani rodzice, wracający późno do domu, cieszyliśmy się, że młodszy syn ma z kim się pobawić, że nie jest sam. Przy kolacji opowiadaniom o wyczynach Kitka nie było końca. Wylądowaliśmy w Ameryce sami, bez rodziny, przyjaciół. Trudno było znaleźć kogoś zaufanego z sąsiedztwa, aby zaopiekował się młodszym synem, gdy wracał ze szkoły. Kot był dla niego towarzyszem zabaw, żywą istotą, do której można było zagadać, o którą należało dbać i zajmować się nią.
Kitek rósł, już nie mieścił się w góralskim kapciu syna (mamy takie zdjęcie). Dbał codziennie o swoją toaletę, myjąc się i głaszcząc potargane przy buszowaniu po domu włoski. Lizał je długo i wytrwale, aż ułożyły się tak jak chciał. Nigdy nie ominął kuwety, nawet wtedy, gdy był chory… Nigdy również nie zniszczył mebli, choć pazury rosły mu szybko, bo nie wychodził na zewnątrz. Obcinanie jego pazurów było, niestety, nie lada wyzwaniem. Parę razy obcinaliśmy u weterynarza, ale każda wizyta w gabinecie była ogromnym stresem dla Kitka, więc funkcję manikiurzystki przejęłam ja. Wtedy to po raz pierwszy Kitek pokazał co potrafi. Gdyby nie grube kuchenne rękawice, które ochroniły moje ręce, pewnie długo leczyłabym rany po jego pazurach… Trochę trwało zanim nam zaufał i pozwolił, bez walki, zrobić sobie manikiur.
Nie był wybredny i jadł to, co znalazł w swojej misce. Często był to suchy koci pokarm, a do tego jakieś ekstra przysmaki: kurzynka gotowana, czy na przykład… melon. Kawałek melona zrzucał na podłogę, drapał łapką i zlizywał sok. Mokrego jedzenia z puszek nie lubił, psuły mu żołądek. Lubił także zlizywać z brzegów miseczki krople czekoladowych lodów. Gdy zmieniliśmy mieszkanie na mały dom z ogródkiem, to wylegiwał się od rana do wieczora na parapecie obserwując to, co się działo na zewnątrz. Ptaki wysiadujące na pobliskim drucie już go nie interesowały, wolał obserwować przechodzące dzieci i rzadko przejeżdżające samochody.
Zawsze wiedział, kiedy mąż wracał z pracy i zwykle czekał na niego przy drzwiach kuchennych. Potem dostojnie odchodził na bok i czekał, aż pan, po posiłku, usiądzie przy komputerze. Wdrapywał mu się wtedy na szyję lub na kolana i tak długo leżał, jak długo pan siedział. Gdy pan przenosił się przed telewizor, posłusznie czekał, aż przyjmie pozycję półhoryzontalną i grzecznie wślizgiwał się na podołek. Czasami układał się wzdłuż jego boku, aż pod brodę i smacznie zasypiał. To był jego pan!
Mnie, czyli panią domu, traktował z wymuszoną grzecznością. Gdy wracałam z pracy podenerwowana (a zdarzało się) wyczuwał to i czasami znienacka przywoływał mnie do porządku, boleśnie muskając moją rękę lub stopę ostrym pazurem. Młodszego syna traktował z wyższością. Bawił się z nim, gdy miał na to ochotę. Zbyt natarczywie zachęcany przez syna do zabawy, potrafił ugryźć, pokazując, że nie zamierza rezygnować z wolnej woli.
Pewnego zimowego wieczoru wróciłam z pracy z bardzo wysoką gorączką i wylądowałam w szpitalu z ciężkim zapaleniem płuc. Potem w domu było długie, kilkutygodniowe leżenie. Mąż opiekował się mną przez pierwsze parę dni, potem musiał wracać do pracy, a syn do szkoły. Półprzytomna, słaba, z męczącą gorączką, budziłam się tylko, aby ugasić pragnienie. Nie byłam jednak sama. Kitek od pierwszego dnia mojego powrotu ze szpitala leżał przy mnie, a właściwie za mną, prawie na moich plecach, wygrzewał moje chore płuca… Leżał cichutko, prawie się nie ruszając. Wstawał tylko wtedy, gdy ja ruszałam do toalety…
Była to nasza słodka tajemnica, bo przez wiele lat jego pobytu w naszym domu mąż kategorycznie zabraniał Kitkowi wylegiwania się w naszym łóżku. Kitek ten zakaz, po paru nieudanych próbach konfrontacji z panem, przyjął z godnością. Przez lata tego zakazu nie złamał. Teraz jednak, gdy zachorowałam, wiedział wiedziony kocim instynktem, że pani potrzebuje pomocy i zakaz już nie miał dla niego znaczenia. Codziennie, przed powrotem mojego męża z pracy, słysząc podjeżdżający samochód, zeskakiwał z łóżka i jak nigdy nic ruszał witać pana w progu. W czasie mojej rekonwalescencji pewnego dnia zwyczajnie zaspaliśmy: ja i Kitek. Mąż zostawił auto u mechanika, czyli wrócił do domu bez szumu silnika. Tłumacząc mężowi, dlaczego złamaliśmy z Kitkiem zakaz, zauważyłam, że kot zupełnie niespeszony wstał, przeciągnął się i zwinnie wskoczył do swojego koszyka. Wymówki pana przyjął z godnością. Taki był Kitek: mądry, dobrze ułożony, zaufany przyjaciel rodziny.
Pewnego dnia Kitek zniknął. Po powrocie z pracy nie zastałam go w domu. Zdenerwowana, zadzwoniłam do męża, czy przypadkiem nie zostawił otwartych drzwi rano, kiedy wynosił śmieci bocznymi drzwiami. „Nie pamiętam, może na chwilę, ale Kitek był wtedy na dole” – tłumaczył się. Na młodszego syna winy już nie mogłam zwalić, bo był poza domem, studiował. Szukaliśmy do późnej nocy. Kitek to domowy kot i czasami wymykał się z domu, ale zwykle wracał, przestraszony wielkim zewnętrznym światem, ruchem, głosami… Kiedyś wyszedł bez naszej wiedzy wieczorem i później miauczał przez godzinę pod oknami sypialni, a nie pod drzwiami kuchennymi, jak to zwykle czynił, jakby wiedział, że w nocy nie śpimy w kuchni.
Rano Kitka też nie było. Nie poszłam do pracy. Biegałam po okolicy, szukałam, pytałam, pukałam do sąsiadów… Znali Kitka z parapetu okiennego i z kilku wizyt w ogrodzie. Koło moich poszukiwań rozszerzyłam na obszar całej dzielnicy. Amerykanie, widząc desperację w moich oczach, pozwalali mi wchodzić na teren ich posesji, do ogrodów, otwierali garaże i schowki.
Mąż wydrukował zdjęcie Kitka i rozwiesiliśmy je w okolicy. Piękny, duży, czarny kot z białymi rękawiczkami i skrzywionym białym pyszczkiem. Podaliśmy telefony, wyznaczyliśmy nagrodę… Rozdzwoniły się telefony: widzieli tam, widzieli tu, taki sam czarny… Niestety, nie każdy czarny kot to Kitek. Dostałam telefon o 3 nad ranem: taki czarny kot, jak na zdjęciu, leży na moim porchu. Pobiegłam pod podany adres. Niestety, to nie mój kot.
Zadzwoniła siostra z Polski.
– Chyba oszalałaś, to tylko kot – powiedziała. – Opanuj się – dodała, gdy zaczęłam płakać.
– To przyjaciel mojego syna i nasz, to taka niema istota, która przeszła z nami niedole pierwszych chudych lat emigracji, ty tego nie rozumiesz – powiedziałam do siostry i rzuciłam słuchawką.
Różne myśli przychodziły mi do głowy: może zginął, albo ktoś go trzyma wbrew jego woli…
Jest szósty dzień bez Kitka, ja nie tracę nadziei, mąż tak. Tego dnia wieczorem otworzyłam okna we wszystkich pomieszczeniach, chodziłam od okna do okna wołałamm go… Mąż stwierdził, że już przesadzam, że mi odbija!
Nagle usłyszałam cichutkie miauczenie… Krzyczę do męża, że on tu gdzieś jest, niedaleko, bo go słyszę.
– Masz pewnie omamy – rzekł mąż.
Zaczęłam wołać i znów go usłyszałam. Głos dochodził z działki sąsiada. Ze starego garażu. Sąsiad bardzo rzadko zagląda do tego pomieszczenia. Ten garaż był już otwierany w naszej obecności, w pierwszym dniu poszukiwań. W garażu jest wybite okienko i kot powinien przez nie wyjść…
A jednak był w garażu. Zamknięty przez sześć dni, bez wody i jedzenia. To stary, już czternastoletni kot. Nie miał siły podskoczyć do okienka i wyjść swobodnie. Weterynarz powiedział później, że niewiele brakowało, aby Kitek został na zawsze w tym garażu. Z pragnienia zwierzątko umiera tak, jak człowiek.
Wystraszonego Kitka przyniósł do domu mąż. Zobaczyłam łzy wzruszenia w jego oczach. Kitek okazywał nam ogromną radość z powrotu do domu, wyleguje się na wszystkich łóżkach. Miał do tego prawo.
Miesiąc później znów poszliśmy do weterynarza, bo na szyi Kitka pojawiła się dziwna narośl. Weterynarz zrobił biopsję. Zadzwonił po paru dniach.
– Przykro mi – powiedział – Kitek ma parę miesięcy życia.
Szczegółowo wyjaśnił diagnozę.
– Może operacja, leczenie? – zapytałam.
– Wszelkie chirurgiczne ingerencje tylko przyczyniają się do większego bólu – stwierdził weterynarz. – Lekarstwa pomogą mu w uśmierzeniu bólu. Będzie cierpiał, ale koty nie pokazują, że cierpią. Szukają wtedy miejsc ustronnych i zaszywają się w nich. Są dumne. Odchodzą godnie – powiedział.

Źródło: http://www.dziennik.com/publicystyka/artykul/kitek

Watykańskie Archiwum X.

Watykańskie Archiwum X.

Pod Watykanem rozciągają się kilometry lochów, w których ukryta jest skarbnica ludzkiej wiedzy – biblioteka zawierająca najtajniejsze z tajnych dokumenty, rękopisy, księgi. Treść wielu z nich mogłaby wstrząsnąć światem.

W Kaplicy Sykstyńskiej, w Rzymie, w maleńkiej zakrystii, do której dostać się można przez niewielkie drzwi umieszczone pod obrazem Sądu Ostatecznego, oficjalnie przechowuje się szaty liturgiczne Ojca Świętego, jego tiary i pastorały. Drzwi te strzeżone są dzień i noc przez członków gwardii papieskiej – mimo że zaopatrzone są w solidne, niezwykle skomplikowane zamki.

Powodem tych zabezpieczeń nie jest wartość papieskich szat, ale to, że na tyłach zakrystii znajduje się jeszcze jedno wejście, a za nim ciągnący się kilometrami korytarz prowadzący do labiryntów watykańskich lochów. Lochów skrywających tysiące skarbów kultury, z których większa część może nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Tylko niekiedy, na wniosek rządów państw z całego świata, urzędnicy Watykanu rozpoczynają tam poszukiwania i czasami udaje im się znaleźć dawno poszukiwany skarb jakiejś narodowej kultury.

Poszukiwacze zaginionych manuskryptów

Trudność polega na tym, że labirynty podziemnych lochów ciągną się pod całym watykańskim państwem i na dobrą sprawę nie ma nikogo, kto znałby je w całości.
Na regałach o łącznej długości ponad czterdziestu kilometrów zebrano ponad półtora miliona woluminów, około stu tysięcy map i rycin oraz sto dwadzieścia tysięcy rękopisów. A jest to jedynie ten zbiór, który został choć pobieżnie tylko skatalogowany. Prócz niego znajdują się liczne szafy i całe pokoje wypełnione po brzegi powiązanymi w paczki dokumentami, które nawet nie zostały policzone. Na dobrą sprawę nikt nie wie, co można by w nich znaleźć.

Dopiero w 1964 roku odnaleziono pełny indeks ksiąg zakazanych, który dwa lata później został oficjalnie skasowany. Ostatnie wydanie indeksu pochodzi z 1948 roku i znaleźć można w nim nazwiska Moravii, Sartre’a, Kanta, Schopenhauera czy Spinozy. Co ciekawe, nie ma na indeksie Hegla, Boccaccio czy Marksa.

Przez całe wieki archiwum watykańskie było ściśle tajne. Dopiero na mocy dekretu papieża Leona XIII zostało w 1882 roku otwarte dla publiczności. Mimo to nie jest łatwo się tam dostać. Po pierwsze dlatego, że korzystanie z archiwum nie jest prawem, ale przywilejem. Aby mógł z niego korzystać człowiek świecki, Włoch, musi mieć list polecający od jakiejś poważnej organizacji kulturalnej lub dyrekcji naprawdę dużej i znaczącej biblioteki. Ksiądz musi mieć list od biskupa. Świecki obcokrajowiec musi mieć list polecający od dyplomaty wysokiego szczebla lub konsula swojego kraju.

Po przedstawieniu takiego dokumentu chętny do zgłębiania archiwum odbywa z prefektem długą rozmowę, w której musi dokładnie określić swoje zamiary, cele i temat poszukiwań. Jeśli prefekt wyrazi zgodę, potencjalny poszukiwacz wypełnia formularz zaadresowany do papieża i musi cierpliwie czekać – kilka tygodni, miesięcy lub lat. Zezwoleń udziela się po bardzo starannym odsiewie.

Wirtualny spacer po Kaplicy Sykstyńskiej

(Po kliknięciu ściąga nam się automatycznie plik mp3)

Papierowa bomba dyplomatyczna

Dlaczego tak trudno dorwać się do watykańskiego archiwum? Teoretycznie dlatego, by chronić bardzo stare i cenne dokumenty przed zniszczeniem. Jednak sam prefekt przyznaje, że istnieje obawa, iż autorzy żądni sensacji nadużyją treści dokumentów. Zawierają one bowiem tak pikantne sprawy z życia Kościoła, że nawet bardzo zaufani badacze bardzo często nie mogą się powstrzymać od publikacji wszelkiego rodzaju smaczków. Trzeba jednak przyznać, że jeśli już ktoś dostanie zgodę na korzystanie z archiwów, pracownicy Watykanu nigdy nie posuwają się do prób cenzurowania udostępnianych dokumentów. Inna sprawa, że każdy, kto wyciągnie na światło dzienne jakąś „nienaukową” sensację musi się liczyć z tym, że choć nie dostanie oficjalnego zakazu, nigdy już nie przekroczy progów archiwum.
Tak właśnie stało się z dziennikarzem Pietro Welunim, który ujawnił, iż w archiwach Watykanu znajduje się chyba jeden z największych zbiorów rycin, ksiąg i wydawnictw pornograficznych. Pierwsze okazy pochodzą z XVI wieku! Stanowią one oddzielny „zakazany” zbiór. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że nim dane wydawnictwo trafi do zbiorów zakazanych, musi je dokładnie przeczytać i przestudiować odpowiednia kapituła księży. Te zaś pozycje, które wpisywane były do indeksu, przeczytać musiał papież.
Samo dostanie się do archiwum nie oznacza oczywiście dostępu do wszystkich dokumentów. Po pierwsze, do użytku wewnętrznego pozostają wszelkie noty dyplomatyczne oraz blisko półtora miliona (!) listów stanowiących korespondencje papieży z władcami i bardzo znanymi postaciami historycznymi oraz listy wykradzione w ciągu wieków z buduarów władców.

Część dokumentów, jak te złożone w tak zwanej wieży wiatrów sprawozdania księży z kurii na całym świecie, powiązane są w paczki i nikt nie wie, jaka bomba dyplomatyczna w nich tyka. Gdyby tylko chciano opisać je tematycznie, trzeba by na to – tak obliczono – grona wytrawnych archiwistów pracujących po dziesięć godzin dziennie przez 180 lat. A chodzi o dokumenty zgromadzone w jednej tylko komnacie wieży!

Mekka parapsychologów

Najbardziej jednak sekretnym działem, założonym na początku XVI wieku, jest dział sprawozdań z całego świata dotyczący dziwnych, absolutnie niewytłumaczalnych zjawisk z pogranicza nauki i parapsychologii. Owo swoiste archiwum X liczy setki tysięcy stron raportów, których nawet nie wolno opisywać archiwalnie. Czyta je podobno jedynie kilku mnichów, którzy przygotowują comiesięczny raport dla kolegium watykańskiego. Raport po odczytaniu zostaje komisyjnie zniszczony. Strony dokumentów są numerowane i… znikają w czeluściach archiwum.

Być może istnieją tam udokumentowane opisy zjawisk i wydarzeń, o których nie śniło się żadnemu z parapsychologów. Czy kiedykolwiek o nich usłyszymy? Tak. Jak stwierdził założyciel tego działu, zwolennik wszelkiego rodzaju magii, papież Leon X (1513-1521) „trzeba to ogłosić już za tysiąc lat”.

Tymczasem szok czekający ludzkość około 2515 roku skrywa kurz watykańskiego archiwum X.

Autor Jerzy Gracz

Źródło: http://strefa44.pl/watykanskie-archiwum-x/

Stalin był alkoholikiem, Roosevelt brał morfinę a Churchill amfetaminę…

Stalin był alkoholikiem, Roosevelt brał morfinę a Churchill amfetaminę…

Z zapisków lekarzy wynika, że cała trójka przywódców mocarstw biorących udział w Jałcie była uzależniona od używek.

Stalin był alkoholikiem, Roosevelt brał morfinę a Churchill amfetaminę.

Do tego dochodzą choroby psychiczne…

Stalin paranoję, a Churchill mocną depresję kliniczną.

Paranoja charakteryzuje się urojeniami, wymyślaniem nieistniejących wydarzeń, chorobliwym prześladowaniem otoczenia.

Depresja kliniczna to ciężkie zaburzenie depresyjne (ang. MDD). Jest poważnym klinicznym zaburzeniem nastroju, w którym uczucia smutku, frustracji, straty lub złości towarzyszą w codziennym życiu. Osoby takie łatwiej sięgają po alkohol i narkotyki. Są bardziej zagrożone innymi psychicznymi i fizycznymi problemami zdrowotnymi.
Występuje u nich ryzyko popełnienia samobójstwa.

I tacy ludzie decydowali o losach świata…

Józef Stalin

Niewykluczone, że przyczyną niebywałego okrucieństwa sowieckiego despoty były skutki przebytych chorób.
Stalin jako dziecko zapadł m.in. na ospę, malarię i gruźlicę, przeżył też dwa poważne wypadki, które skończyły się zanikiem mięśni lewej ręki i jej trwałą niesprawnością.
W 1927 roku profesor neurologii Władimir Biechtieriew zdiagnozował u niego paranoję, jednak ujawnienie tego faktu kolegom przypłacił życiem – na rozkaz Stalina został otruty. Los pozostałych lekarzy dyktatora był niewiele lepszy.
Stalin obżerał się, palił, pił ogromne ilości alkoholu, więc jego zdrowie ciągle szwankowało. Miał nawracające zapalenia migdałków, kłopoty jelitowe, reumatyzm, rwę kulszową, artretyzm, bóle mięśni, częste infekcje grypowe, a pod koniec życia także nadciśnienie, miażdżycę i wirusowe zapalenie wątroby.
Rzadko jednak słuchał poleceń lekarzy i nie wiadomo, czy regularnie przyjmował leki.
Chorobliwie podejrzliwy, często posądzał medyków o chęć otrucia go. Paranoja Stalina doprowadziła w końcu do aresztowania zespołu kremlowskich lekarzy, włącznie z jego lekarzem osobistym Władimirem Winogradowem, pod zarzutem spisku zawiązanego w celu niewłaściwego leczenia przywódców ZSRR.
Z dziewięciu aresztowanych profesorów dwóch nie przeżyło śledztwa, pozostałych zwolniono po śmierci dyktatora (przyczyną zgonu był rozległy wylew).

Franklin Delano Roosevelt

Z powodu przebytej choroby polio skutkującej częściowym paraliżem i koniecznością korzystania z wózka inwalidzkiego uważany jest za jednego z najbardziej chorych amerykańskich prezydentów.
W rzeczywistości radził sobie z tym problemem całkiem dobrze, a jego główną dolegliwością było poważne nadciśnienie i spowodowana nim choroba serca.
Osobisty lekarz prezydenta Ross McIntyre był ostrożny w stosowaniu leków i radził się w tych sprawach innych specjalistów. Ci doradzili m.in. podawanie Rooseveltowi wyciągu z naparstnicy oraz kodeiny, pochodnej morfiny o nieco słabszym od niej działaniu w celu zmniejszenia apetytu i obniżenia wagi.
Wiele wskazuje na to, że prezydent USA poważnie uzależnił się od tej substancji. Zmarł na udar.

Winston Churchill

Osobistym lekarzem brytyjskiego premiera był Charles Wilson, Pierwszy Baron Moran, który zdiagnozował u niego kliniczną depresję. Leczył ją m.in. amfetaminą.
W pamiętnikach zastrzegał się, że podawał ją Churchillowi jedynie przy wyjątkowych okazjach – przed ważnymi spotkaniami lub przemówieniami – nie wiadomo jednak, czy to prawda. Churchill zmarł na udar w wieku 90 lat.

I jak tu nie mówić o teoriach spiskowych…

Każdy doskonale wie, że alkoholik, narkoman, osoba chora psychicznie nie może przeprowadzać kluczowych projektów, analiz światowych, strategii geopolitycznych. Ich umysły nie funkcjonują na najwyższych obrotach. Kiedy odczuwają głód alkoholowy czy narkotykowy nie myślą o ratowaniu świata.
Stalin był psychopatą, mordował wszystkich dookoła. Nie trzeba było nim kierować, ponieważ jawnie dążył do przejęcia władzy nad Europą Wschodnią.
Co do Roosevelta i Churchilla można mieć wątpliwości. Narkomani zrobią wszystko, aby dostać towar-działkę. Przez lekarzy można było łatwo sterować ich decyzjami.
Pojawia się pytanie, czy to przypadek, że Churchill przywódca Wielkiej Brytanii i Roosevelt przywódca światowego mocarstwa USA byli narkomanami?
Czy to przypadek, że obaj mieli udar?
Czy lekarze byli narzędziem grupy rządzącej światem?

Istnienie takiej grupy dokumentowałem wiele razy, choćby tymi samymi wydarzeniami w tym samym czasie, w wielu państwach świata. Jak choćby walka ze smogiem, z ociepleniem klimatu, z terroryzmem czy podobna argumentacja przywódców światowych popierających islamizację Europy.
Z jednej strony islamizacja niszczy ich kariery polityczne w danym państwie, z drugiej strony mocno popierają islamizację. To nie ma kompletnie sensu.
Większym sensem jest narzucenie im z góry określonych zachowań, decyzji. W zamian dostają kasę albo stołki w strukturach/koncernach europejskich/światowych.

Churchill i Roosevelt, jako narkomani, mogli być marionetkami w rękach ukrytej władzy.

Dlatego tak łatwo sprzedali Polskę w Jałcie…

źródło: historia.focus.pl
RobertBrzoza.pl – Polski Portal Informacyjny

Źródło: https://tajemnice.robertbrzoza.pl/zagadki/stalin-byl-alkoholikiem-roosevelt-bral-morfine-a-churchill-amfetamine/

O procesach czarownic z Witten (1580).

O procesach czarownic z Witten (1580).

Jeszcze w XX wieku procesy z Witten poruszały umysły wielu historyków. Wspomnienia o nich pozostawił w swojej noweli Gerrit Harens, a także Arndt Bottermann. Owiane tajemnicą tragedie, jakie wydarzyły się na tamtejszym terenie spotkały się szerokim zainteresowaniem publiki. Haren wydał w 1898 roku pracę na podstawie akt procesowych uzyskanych w Archiwum miejskim w Witten. Mimo tak licznych opracowań spróbujmy raz jeszcze powrócić do tamtejszych wydarzeń. Po dokładniejszym przyjrzeniu się sytuacji z pewnością będziemy mogli wrobić sobie własny osąd na ten temat.

Niewątpliwie w centrum zainteresowania wielu historyków stoi postać rolnika z Witten, Arndta Bottermanna. W roku 1647 odbył się przeciwko niemu proces o którym możemy przeczytać w kronikach miejskich. Na skutek dłuższego zbierania materiałów procesowych w połowie XVII wieku wspomniany oskarżony musiał stanąć 4 razy przed trybunałem.

Gerrit Harens opisując swoje losy podaje również inne fakty z dziejów inkwizycji. Razem z nim postawiono przed sądem dwie kobiety: matkę i córkę które z biedy mieszkały „w pobliskich błotach”. Widocznie w roku 1589 miejscy sędziowie postanowili pozbyć się bezdomnych. Wspomniane kobiety stanęły zatem przed sądem jako „wyrzutki społeczeństwa” oskarżone o uprawianie magii. Dalej Haren podaje nam w swojej pracy informację na temat procesów z roku 1647. Wówczas bowiem osądzono 14-18 osób parających się magią, których apelacja została skierowana nie do Kleve, lecz do Dortmund wprost do Cesarskiego Sądu.

Informacje jakie podaje nam Harens niektórzy historycy umieszczają pod datą 20. sierpnia 1583. Był to czas kiedy burmistrzem a zarazem sędzią miasta Hatting był Conrad Märker. Te same źródła podają nam również informację o egzekucji tychże osób. Podobnie też 28 lipca 1580 r. , a dalej 3 sierpnia i 28 września, sześć kobiet i jeden mężczyzna zostało skazanych na spalenie, bądź ścięcie.

Możemy zatem zauważyć że czas w okolicach roku 1580 był szczególnie napięty. Wiele osób również było zaangażowanych we wspomniane przeze mnie procesy, jak. np. Wennemar von Brempt, Johann Friedrich von Stammheim, Ruprecht Stael von Holstein wraz z synem Hardenbergem.

Na zarządzenie Conrada Märker zostało wykonanych 7 wyroków śmieci na osobach oskarżonych o czarnoksięstwo, a także 2 późniejsze wyroki śmierci dotyczyły dzieci. O tych faktach możemy przeczytać w aktach publikowanych przez Johanna Friedricha von Stammheim zu Crengeldanz, notariusza dworu w Speyer w roku 1581, który był świadkiem przeprowadzania procesów przeciwko osobom z miasta i hrabstwa Dortmund. O dziwo przedmiotem tych postępowań w rzeczywistości nie było czarnoksięstwo. Sprawa raczej szła o pewne fundusze. Dortmund prosiło swego czasu Speyer o wzięcie jego dóbr pod opiekę po tym jak szlachcic Reinhardt von Fontaine 24. lutego 1581 r., sprzedał znaczną część jej posiadłości.

W ten właśnie sposób Witten stało się lennem Speyer na okres 15 lat. Fakt ten podtrzymywał również Johann Friedrich von Stammheim. Należy jednak pamiętać, że posiadłości Witten nie należały do domu Crengeldanz, lecz przez dłuższy okres czasu do tzw. Rüdinghauser Mannlehen. W konsekwencji tych wydarzeń więzy między wspomnianym domem, a Witten uległy zacieśnieniu.

Witten było zatem pod wpływami samego Cesarza.

W roku 1579 czyli na rok przed najbardziej znanym procesem z Wittner, Wennemar von Brempt starał się iść na ugodę z Johannem Friedrichem von Stammheim lecz rozmowy te przyniosły nieco frapujący efekt w postaci kolejnego zagrożenia dla miasta. 25. kwietnia obydwaj „kontrahenci” przyjęli „umowę podziału”. Stammheim otrzymał: jeden ze szlacheckich domów w Crengeldanz, Steinhausen i Hardenstein, czyli posiadłości, które przyrzekł niegdyś Reinhardt von Fontaine jako wasal. Brempt natomiast wyraził gotowość podziału akcyzy, oraz władzy kościelno — sądowniczej uznając tym samym Stammheima jako współwładcę Witten. Od tego czasu zatem obaj współrządcy mieli zajmować się wszelkimi sprawami cywilno-sądowniczymi w mieście. Do tych spraw zaliczano również procesy czarownic.

Decyzja o zwolnieniu oskarżonego, bądź też oczyszczeniu z zarzutów o uprawianie magii musiała być od tej pory podjęta przez nich obydwu. Specjalną funkcję sądowniczą miał dom Berge, siedziba rodu von Brempt. Stanowił on bowiem „sąd wasalny” w którym odbywało się rozstrzyganie odwołań. Taka sytuacja miała np. miejsce w roku 1550, w sprawie wytoczonej przeciwko Dietrichowi von Altenbochum.

Z wielu źródeł wiemy, że Stammheim zaraz po ratyfikacji wszelkich dokumentów w 1579 r. uprawniających go do objęcia władzy, z wielkim przejęciem objął urząd wypełniając prawa i obowiązki mu przysługujące. Urząd d/s postępowania przeciwko wykroczeniom został w pierwszej połowie 1581 r. wydzielony. Dlatego też Stammheim jako lennik bardzo często służył pomocą Reinhardtowi von Fontaine. W styczniu 1581 r. zatrudnił jako swojego notariusza Georg Pfannkuch z Dortmund, wraz z Conradem Märkerem jako świadków z Witten przy późniejszych procesach które miały miejsce w Dortmund i Bodelschwingh.

Jeszcze w 1576 r. Wennemar von Brempt starając się całkowicie przejąć władzę w mieście próbował oskarżyć Stammheima pod pretekstem, że jego chłopi nie akceptują jego autorytetu. Stammheim przy pomocy sędziów i „stosów” szybko udowodnił moc swojego działania. Po pierwszym „pojednaniu” i umocnieniu władzy w 1579 r. stworzył on dobrą podstawę do kolejnych procesów. Z archiwum miejskiego wiemy, że von Stammheim miał szczególne interesy by samemu wydawać wyroki sądowe na terenie podległych mu wiosek.

Conrad Märker przyznał w roku 1624, że mógł dokonywać „demonstracji siły” tylko dzięki bliskiemu mu protektorowi. W ten sposób von Stammheim umocnił „teatr władzy” obsadzając na stanowisku człowieka, który w 1580 r. wprowadził w Witten inkwizycję.

Przez dobre trzy lata von Märker orzekał wyroki śmierci na podstawie przywilejów jakie otrzymał od von Stammheima.

27 sierpnia 1583 r. Reinhard von Fontaine poprosił sędziego z Witten o okazanie mu stosownych dokumentów uprawniających go do tego typu poczynań. Prawnie dokument ten by uzyskać moc prawną musiał zostać przesłany do Assessorów w Speyer. Przyczyną tego posunięcia było wydanie wyroku śmierci przez Conrada Märkera na osobie odpowiedzialnej za „mord dziecka” w 1582 r. Napięcie w Speyer wzrosło kiedy to w 1580 r. Märker zezwolił na ścinanie i palenie swoich przeciwników.

Dokumenty z Witten nie odnotowały tymczasem jakichkolwiek wyroków śmierci w okresie 1562 — 1580. Jedyne wzmianki jakie się pojawiają w protokołach procesowych dotyczą „napięć” z 1579 kiedy sądzono rzekome czarownice. Ostatni wyrok śmierci na terenie Witten miał miejsce w 1580 roku.

Punkt kulminacyjny w procesach czarownic przypadł na tym terenie na rok 1585. Jednakże okolicach roku 1580 na terenie całego Zagłębia Ruhry rozpoczęła się „fala prześladowań”. Jako przykład może nam służyć przełom 1580/81 r. i miasto Recklinghausen, z liczbą 44 wyroków śmierci. Dalej Essen (w 1580/81), Haltern (w 1581) i Dortmund (w 1581). Tymczasem sąsiedni władca Książę Wilhelm zu Jülich, Berg und Kleve, dość krytycznie był nastawiony do tego typu poczynań, podobnie jak radykalny przeciwnik „polowań na czarownice — Johann Weier.

Conrad Märker, który jest bohaterem tego artykułu, wprowadził na podległym mu terenie karę śmierci konkretnie za uprawianie praktyk magicznych: „z powodu wskazanej, oskarżonej lub znanej magii.”

Pod tę formułkę podpadały wszystkie osoby, które miały problemy z wiarą, odrzuciły Boga, zawarły pakt z diabłem lub uczestniczyły w tańcach sabatycznych. Ale to nie koniec, jeżeli w danej wiosce był pomór bydła, lub jakaś choroba, można było również oskarżyć kogoś o tego typu epidemię. Do rozwoju inkwizycji na terenie Witten mogły przyczynić się dwie sytuacje:

1) Zła opinia danej osoby w konkretnym środowisku. Dalej padały podejrzenia o uprawianie magii i w konsekwencji sprawa szła przed trybunał.

2) Nacisk władzy na rozwój inkwizycji.

Aby te dwa przykłady lepiej zrozumieć przypatrzmy się bliżej sytuacji z 1580 r., która pociągnęła za sobą konflikt między rządzącymi, nabierając z czasem wymiaru polityczno-religijnego. Nie należy przy tym zapominać, że źródłem prześladowań które miały miejsce we wspomnianym roku była susza, a co za tym idzie „marne” zbiory. W Kronice miejskiej „Historischen Beschreibung der Grafschaft Dortmund” z 1616 roku zarówno Detmar Mülher, jak i Cornelius Mewe opisują rok 1580 jako „Głód powodujący podwojenie ceny chleba”.

Inni z kolei kronikarze podają w swoich dokumentach, że bezpośrednią przyczyną prześladowań z 1580 r. była szalejąca epidemia dżumy w Witten, a dalej w Dortmund (1578), Bochum (ok. 1579) Hamm (1581) i Lünen (1581).

Z 7 osób skazanych w Witten na śmierć, 6 było kobietami. Proces ten naszkicował społeczeństwu obraz kobiety — czarownicy. Ze wszystkich przeprowadzanych egzekucji na tym terenie kobiety stanowiły 80%.

W dwóch przypadkach w kronikach zostały podane nazwiska kobiet oskarżonych o mord dziecka, dzięki Wennemarowi von Brempt i Johannowi Friedrichowi von Stammheim, którzy w 1562 r. skazali na utopienie Margarethę Kaysers i Catharinę Drude. Czytając uważniej kroniki można zauważyć, że Catharina Drude przez dłuższy okres życia pozostawała sama, stając się tym samym osobą podejrzaną dla społeczeństwa.

Proces przeciwko Maria Frankh odbywający się niedaleko szkoły w Witten (przy rynku z kościołem joannitów), miał nieco inne podłoże. Chodziło tutaj o podatek z 1560 roku wysokości 8 szylingów dla posiadłości w Berge. Następnie pojawiła się sprawa Elsy Greve. Egzekucje na nich połączono z egzekucją Marii Frankh, gdyż wszystkie wspomniane kobiety zamieszkiwały w tym samym hrabstwie.

Przy procesach z Witten należy również pamiętać o tym, że wraz z osądzeniem osoby o czarnoksięstwo i wydaniem wyroku, kolejnymi osobami, które stawały przed trybunałem byli ich małżonkowie. Tak było w przypadku procesu Anny Schumacher 28 lipca 1580 r. lub Vite Schiedtman. Do tego typu procesów w znacznej mierze przyczynił się Wennemar von Brempt, opierając swoje wyroki w znacznej mierze na „Carolinie” cesarza Karola V z 1532 r., która w artykule 109 nakazywała palenie czarownic i osób powiązanych z magią. Dlatego też na podstawie zaleceń „Caroliny” został wydany wyrok śmierci w1562 r. na Margareth Kaysers za mord dokonany na dziecku zaraz po jego urodzeniu. Kobietę tę, jak wspominają kroniki miejskie, utopiono.

Kolejny wyrok śmierci poprzez ścięcie mieczem wykonano na Urszuli Schmitz również w 1580 oskarżonej o podobny czyn. Przeglądając kroniki miejskie można dojść do przekonania, że wyroki śmierci wydawane w Witten również podlegały reformom. Początkowo osoby skazane na śmierć ewentualnie palono lub topiono, następnie zaś ścinano.

W poniedziałek 9 listopada 1562 r. skazano na spalenie kolejną osobę. Kroniki podają również wzmiankę o czwartku 28 lipca 1580, kiedy to na śmierć poszły dwie kobiety. Podobne sytuacje miały miejsce 3. sierpnia 1580 i 28. września 1580.

Na zakończenie tego artykułu pragnę przedstawić dokument archiwalny, który pomimo, że był pisany w miejscowym dialekcie, przetłumaczyłem z myślą o opisanych przeze mnie procesach z 1580 r. Tekst ten być może nie jest poprawny gramatycznie, ale był on pisany ówczesnym językiem.

* * *

27 sierpnia 1583

Conrad Märker, sędzia Witten, skromnie na pytanie Reinhard von Fontaine Pana z Witten z hrabstwa Mark na temat dowodów pomocnych w sądzeniu, lub zwolnieniu włóczęgostwo odpowiada:

Ja Conradt Märcker, z narodzenia szlachcic, z honoru sędzia nominowany przez Wennemarna von Brempt zum Berge i Johanna Friedricha von Stamheim zum Cringeldantz, Pan i Sędzia Witten, mogący zaświadczyć o wydarzeniach, zrewidowanych i będących do odnalezienia w protokołach Sądu Witten zaświadczam, że 1562 roku , 9 listopada Reinhardt von Brempt zum Berge, a także Pan Witten, postawił przed sądem Margarethę Kaysers, więzioną z powodu jej własnych czynów lub mordu dokonanym na dziecku, skazując ją na przeklętą śmierć.

(…) 28 lipca wykonano wyrok na małżonkach, mianowicie: Gerhardt i Anna Schumacher, a także 3 sierpnia mieczem na osobie zwanej: Catharina Druden. W tym samym dniu również: Vite Schiedtman i Grietgen Abelen.

Do tego z życia do śmierci 28 września1580 przeszła Maria Franckh i Else Greven (…). I ostatecznie Ursula Schmidtz z powodu mordu dziecka ścięta została mieczem.

* * *

Autor tekstu: Artur Marek Wójtowicz

Tekst opracowano na podstawie artykułu Ralfa-Petera Fuchs, Eine Mitteilung über Wittener Zaubereiprozesse des Jahres 1580. Wszelkie oznaczenia typu: AVfOHM, StA Ms, RKG A itp. są siglami archiwów miejskich pod jakimi możemy odnaleźć te dokumenty.
Przypisy:
J. D. V. STEINEN: Westphälische Geschichte. XVII. Stück, Księga III, Lemgo 1757, s. 692 nn.: „W roku 1647 i w jego okolicach wiele osób spalono na tym terenie za kontakty z czarami. „.
G. HAREN: Das Gerichtswesen. Fehmgericht. Hexenprozesse, w: roczniku VOHM 12 (1897/98), S. 139 — 156.
AVfOHM (= Archiv des Vereins für Orts- und Heimatkunde in der Grafschaft Mark), HBA 163.
AVfOHM, HBA 15
Tamże.
V. STEINEN, dz. cyt…. s.693.
Pierwszy termin procesu w Speyer przypadł na 6. czerwca 1581: patrz: StA Ms, RKG s. 596, fol. 1.
Fakt o tym został zamieszczony w aktach domu Berg (AVfOHM, HBA 153) tekst ten jest datowany na rok 1785: JbVOHM 8 (1893/94), s. 25-194. Także: W. NETTMANN: Wittens ältere Geschichte, in: Witten. Werden und Weg einer Stadt. Witten 1961, s. 35 — 68, s. 55.
StA Ms, RKG S 596, fol. 150.
StA Ms, RKG A 276, fol. 27.
Von Stammheim starał się działać na podstawie: „actus jurisdictionales tam in civilibus quam in criminalibus” dając tym samym dużą swobodę w wykonywaniu władzy swoim sędziom (jakim wówczas był Märkers). AVfOHM, HBA 15.
StA Ms, RKG S 596, fol. 147.
D. MÜLHER; C. MEWE: Historische Beschreibung der Stadt und Grafschaft Dortmund (1616), w: J. S. SEIBERTZ (red.): Quellen der westfälischen Geschichte 1/2, s. 281 — 380, S. 358 nn.
MÜLHER; MEWE 1616 s. 380.
Wzmianka w kronice miejskiej z dn. 9. listopad 1579: AVfOHM, HBU 284.
V. STEINEN, dz. cyt… 4. tl., XXVII., s.566.
HAREN, dz. cyt.… rocznik 1912/13, s.139 nn.
AVfOHM, HBA 16, fol. 33.
A. KAUFMANN (red.): Die Peinliche Gerichtsordnung Kaiser Karls V. von 1532 (Carolina). 6. wydanie., Stuttgart 1975.

Napisane przez Amon w Marzec – 22 – 2016

Źródło: http://strefa44.pl/o-procesach-czarownic-witten-1580/

Lekarz zamienił zdrowego Hitlera w „zombie”.

Lekarz zamienił zdrowego Hitlera w „zombie”.

Przez 9 lat Theodor Morell był prywatnym lekarzem Hitlera, zamieniając całkiem zdrowego Führera w uzależnione od leków „zombie”.

Wzrost 170,2 cm, waga 83 kg, ciśnienie 140/100, tętno 72, grupa krwi A. Skóra blada, brak owłosienia klatki piersiowej.

Pacjent jest wegetarianinem, nie pije, nie pali, ale często skarży się na bóle brzucha, wzdęcia i szum w uszach. Zżera go paniczny lęk przed utratą głosu, nawet przy najmniejszej chrypce każe wołać lekarza. Poza tym jak na pięćdziesięciolatka jest w niezłej kondycji. Potrafi wiele godzin nieruchomo stać z wyciągniętą do przodu prawą ręką.

Nazwisko badanego – Adolf Hitler. W zapiskach doktora Morella – Pacjent „A”.

Zanim starszy o trzy lata od Hitlera Theodor Morell został jego osobistym lekarzem i cieszącym się całkowitym zaufaniem powiernikiem, przez 17 lat prowadził dochodową praktykę lekarską w Berlinie. Dzięki pokaźnemu posagowi żony wyposażył gabinet przy Beyreuther Strasse w najnowocześniejszy sprzęt i szybko zrezygnował z przyjmowania pacjentów, za których płaciła kasa chorych; ograniczał się tylko do tych z najgrubszymi portfelami.

Po dojściu do władzy nazistów na gabinecie Morella pojawiła się namalowana ręką bojówkarzy gwiazda Dawida, ponieważ doktor przyjmował też Żydów. Na wszelki wypadek w 1933 roku wstąpił więc do NSDAP. Praktyka rozwijała się tak obiecująco, że dwa lata później doktor przeniósł swój gabinet na szacowną Kurfürstendamm, jedną z najbardziej prestiżowych ulic Berlina.

Jako specjalista od urologii, chorób wewnętrznych i wenerycznych Morell zarabiał na tyle dużo, że mógł pozwolić sobie na odrzucenie propozycji zostania lekarzem szacha Persji i rumuńskiego króla.

Jednak Führerowi odmówić nie mógł…

Wiosną 1936 roku Morell odbiera telefon z Kancelarii Rzeszy: Hitler wysyła po niego swój prywatny samolot, który ma zabrać go do Monachium. Pacjentem nie jest jednak on sam, ale Heinrich Hoffmann, osobisty fotograf wodza. Cierpi na rzeżączkę, a do tego jest nałogowym alkoholikiem. Hitler martwi się o jego zdrowie, bo niedawno stracił innego ze swoich ulubieńców, kierowcę Juliusa Schrecka, który zmarł na zapalenie opon mózgowych.

Osobiście prosi więc Morella, by zrobił wszystko, aby wyleczyć Hoffmanna.

Doktor staje na wysokości zadania. Nie tylko uzdrawia Hoffmanna, ale towarzyszy mu w rekonwalescencyjnej podróży do Wenecji. Wiadomości o skutecznym doktorze z Berlina szybko roznoszą się w nazistowskim światku.

Kolejną pacjentką Morella zostaje przyjaciółka Führera, Ewa Braun. Pod koniec 1936 roku doktor i jego żona otrzymują zaproszenie do alpejskiego Obersaltzberg, gdzie Hitler urządza Gwiazdkę w swoim Berghofie. Ten moment zaważy na życiu ich obu.

Gdy towarzystwo poszło grać w kręgle, otyły Morell pozostał przy kominku. Wtedy wszedł Hitler, prosząc o radę. Cierpiał z powodu silnego bólu żołądka i swędzącej wysypki na nogach.

Żaden z lekarzy, w tym przyboczny lekarz Führera Karl Brandt, nie potrafili mu pomóc. Wysypka dawała się Hitlerowi we znaki do tego stopnia, że musiał bandażować całe nogi.

„Wyglądam jak mumia i nie mogłem nawet założyć butów” – skarżył się Morellowi. „Jeśli mnie pan wyleczy, obiecuję w nagrodę ładną willę w Berlinie”. Doktor podejmuje wyzwanie i następnego dnia poddaje pacjenta wszechstronnemu badaniu.

Musimy zbadać kupę, mein Führer

Morell był jedną z niewielu osób, które widziały Hitlera nagiego. Führer nie znosił obnażania się i dotykania przez obce osoby, nawet lekarzy. Dało to początek krążącym przez lata plotkom, jakoby przyczyną tej niechęci były zdeformowane narządy płciowe wodza III Rzeszy lub inne wstydliwe powody, takie jak syfilis.

Tymczasem Morell niczego takiego nie stwierdził. Także badania krwi, moczu, serca i płuc nie wykazały żadnych nieprawidłowości. Hitler był zdrowym mężczyzną, jedynym widocznym odstępstwem od reguły była blizna na nodze od odłamka z I wojny światowej.

Morell doszedł więc do wniosku, że dolegliwości jego nowego pacjenta mają głównie podłoże psychiczne. Hitler był hipochondrykiem i histerykiem, a na coś takiego nie ma skutecznego lekarstwa. Mimo to doktor nie tylko podjął się wyleczenia wodza, ale nawet podał termin, kiedy to nastąpi – pół roku. Trzeba było jednak znaleźć jakiś punkt zaczepienia.

Ponieważ Führer bez przerwy narzekał na silne i bolesne skurcze żołądka, Morell postanowił zacząć od nich. Pobraną próbkę kału wodza wysłał do przebadania znajomemu profesorowi instytutu bakteriologicznego we Freiburgu, który stwierdził niedobory flory bakteryjnej w jelitach.

Na rynku był dostępny od niedawna zawierający pałeczki coli specyfik o nazwie Mutaflor, którego dwie kapsułki dziennie Morell zaordynował Hitlerowi do śniadania. Zaczął mu też wstrzykiwać dożylnie duże ilości witamin oraz wyciągi ze zwierzęcych serc i wątroby.

To był strzał w dziesiątkę.

Morell szybko zauważył, że Hitler ogromnym zaufaniem darzył wszelkie pigułki i zastrzyki. O ile rady dotyczące zmiany diety, większej ilości ruchu czy snu odrzucał, to nie tylko pozwalał swojemu doktorowi codziennie wkłuwać się w swoje żyły, ale też w chwilach gorszego samopoczucia sam domagał się nowych zastrzyków.

Chociaż wielu lekarzy, w tym Karl Brandt, wątpiło w skuteczność leczenia, nie widząc związku między dolegliwościami wodza a stosowaną przez Morella terapią, w ciągu sześciu miesięcy skurcze żołądka i wysypka ustąpiły.

Doktor dotrzymał obietnicy. Dostał obiecaną willę, a zyskał coś jeszcze cenniejszego. Stał się z jedną z nielicznych osób, której Hitler zaufał bezgranicznie. Połączyło ich również to, że obaj byli zwolennikami nieortodoksyjnych metod, obaj byli też przekonani, że mają szczęśliwą rękę i powodzenie nigdy ich nie opuści. Odtąd każda zaproponowana przez Morella terapia z miejsca zyskiwała akceptację wodza. Jakie miało to skutki, pokazała nadchodząca wojna.

Czuję się świetnie, idziemy na Rosję

Przypływ energii, którą Hitler odzyskał dzięki Morellowi w połowie 1937 roku, trwa niemal cztery lata. W tym czasie ustępuje też szum w uszach Führera, który – jak zwierzył się doktorowi – trapił go od czasu „nocy długich noży” w 1934 roku, kiedy to kazał oddziałom SS wymordować swoich przeciwników wewnątrz ruchu nazistowskiego.

Apogeum dobrego samopoczucia następuje po pokonaniu Francji latem 1940 roku. Wtedy właśnie Hitler podejmuje decyzję, by za rok uderzyć na Związek Radziecki.

Gdy jednak latem 1941 roku niemieckie wojska wdzierają się w głąb ZSRR, zdrowie przebywającego w kwaterze w Wilczym Szańcu wodza zaczyna się gwałtownie psuć. Zżera go stres, wracają problemy żołądkowe. Dynamiczny dotąd Hitler staje się cieniem samego siebie.

Trzymani dotąd krótko generałowie niemal jawnie kwestionują jego rozkazy, domagając się zmiany strategii i szybkiego marszu na Moskwę. Powodem tej niesubordynacji jest… sraczka wodza. Trawiony biegunką Hitler niemal nie opuszcza toalety, a kiedy już to robi, czuje się tak słaby, że nie jest w stanie zdecydowanie przeciwstawić się wojskowym.

7 sierpnia spanikowany Morell wstrzykuje Führerowi końską dawkę wielowitaminowego preparatu – Vitamulinu z wapnem, wyciągi z serc, nadnerczy, wątroby i trzustki. Do tego dodaje Tonofosfan – preparat z fosforem – oraz 20 kropli Dolantyny, silnie uzależniającego leku o działaniu podobnym jak morfina. Przystawia też pijawki.

Efekt jest zdumiewający.

Po dwóch dniach Hitler wraca do sił i przejmuje kontrolę nad sytuacją, chociaż Wehrmachtu spod Moskwy zawrócić już nie zdoła.

Dla kogo pan pracuje, panie Morell?

Odtąd ten schemat będzie powtarzał się regularnie niemal do samej „śmierci” Hitlera.

Problemy na froncie – bóle brzucha i głowy, szum w uszach, drżenie lewej ręki i nogi, biegunka lub zaparcia – i na to wszystko niezawodny Morell ze strzykawką.

Doktor wie, że Hitler liczy na błyskawiczną, choćby nawet krótkotrwałą poprawę, więc zaczyna aplikować mu coraz to nowe specyfiki. Wstrzykuje glukozę, potem miesza ją z amfetaminą. Podaje hormony. Na infekcję – końskie dawki sulfonamidów, na wzdęcia i skurcze – strychnina i atropina, na ból zatok – kokaina.

Już po kilku miesiącach takiej terapii żyły na rękach wodza są skłute tak, że Morell ma problemy z wbiciem igły. Hitlerowi to nie przeszkadza. Silnie działające leki wprawiają go w stan euforii i egzaltacji. Skutków ubocznych zdaje się nie dostrzegać, wobec Morella zachowuje się jak narkoman uzależniony od swojego dilera.

Pewnego dnia przebywający w Wilczym Szańcu prof. Erwin Giesing, lekarz polowy ze szpitala w Giżycku, zauważa na talerzu ze śniadaniem niesionym dla Hitlera 16 tabletek. Wykrada kilka z nich i oddaje do analizy.

Okazuje się, że w sumie zawierają niemal śmiertelną dawkę strychniny i atropiny, silnie toksycznych substancji, których ciągłe przyjmowanie wywołuje m.in. stałe rozdrażnienie i światłowstręt.

Tymczasem Hitler bierze je regularnie od dwóch lat!

Giesing przekazuje informację lekarzom z otoczenia wodza, w tym skłóconemu z Morellem Karlowi Brantowi, który z kolei informuje szefa SS i policji Himmlera. To jeden z nielicznych dygnitarzy III Rzeszy, który nie korzystał z usług osobistego lekarza Hitlera.

Himmler zaczyna podejrzewać, że Morell świadomie podtruwa Führera, być może na czyjeś polecenie. Kiedy jednak informacje o tym docierają do Hitlera, ten natychmiast każe zostawić go w spokoju. Dymisjonuje też Brandta i innych rywali swojego ulubieńca.

Odtąd nikt już nie będzie sprawdzał, czym doktor leczy wodza. Liczba podawanych mu preparatów i wynalazków Morella dojdzie do 70.

Czym Morell szprycował Hitlera?

Lista specyfików podawanych Hitlerowi przez jego osobistego lekarza liczy 70 pozycji.

Znalazły się na niej m.in.:

Belladonna (na zaparcia).
Brom (na zdenerwowanie).
Chinina (na przeziębienia).
Dolantyna (przeciwbólowy narkotyk).
Eukodal (syntetyczna pochodna morfiny, działa przeciwbólowo).
Glukoza (dożylnie, na wzmocnienie organizmu).
Wyciąg z wilczych jagód (na drżenie i napięcia mięśniowe).
Ekstrakt z korzenia wilczej jagody (na chorobę Parkinsona).
Homoseran (wyciąg z łożysk, na wzmocnienie).
Chlorek rtęci (stosowany w aplikowanych Hitlerowi lewatywach).
Luminal (silny środek nasenny).
Mutaflor (preparat z bakteriami coli, na trawienie).
Olej rycynowy (na przeczyszczenie).
Wyciąg z jąder młodych byków (na wyczerpanie i depresję).
Płyn Lugola (na zapalenie migdałków).
Testosteron (na depresję).
Ultraseptyl (silny sulfonamid, na infekcje).

Z odnalezionych dopiero w 1981 roku przez historyka Davida Irvinga 120 stron medycznych zapisków Morella, przejętych po wojnie przez amerykański wywiad, wyłania się ciekawy obraz.

Niemal każdemu dramatycznemu dla Niemiec wydarzeniu na froncie odpowiadała jakaś dolegliwość Hitlera:

Stalingrad i El Alamein – bóle w podbrzuszu.
Utrata Tunisu – bolesne zatwardzenie.
Desant aliantów na Sycylii – zaparcia skurczowe jelit.
Powstanie warszawskie – ból zatok.
Wejście Armii Czerwonej do Prus – obrzęk nogi.
Zbombardowanie Drezna – problemy z oczami.
Kursk i D-day – zapalenie spojówek i ciężka grypa.

Lądowanie w Normandii Hitler zresztą przespał, nafaszerowany dzień wcześniej przez Morella lekami nasennymi. Czy właśnie nie z tego powodu do niemieckich wojsk stojących na drodze aliantów nie dotarły na czas odpowiednie rozkazy?

Ostatecznym dowodem na psychiczne źródło dolegliwości Führera był zamach w Wilczym Szańcu.

Wybuch bomby 20 lipca 1944 roku poważnie uszkodził słuch Hitlera, spowodował też oczopląs i problemy z błędnikiem. Wywołał też jednak zupełnie nieoczekiwany skutek. Wyjmujący 100 drzazg z nogi wodza Morell zauważył ze zdumieniem, że całkowicie ustało jej drżenie. Podobnie było z ręką. Jak wynika z zapisków doktora, sam Hitler podobno żartował, że zamach wyleczył mu nerwy, ale nikomu nie poleca takiej terapii.

Jednak w miarę jak pogarszała się sytuacja III Rzeszy, dolegliwości wróciły i to ze zdwojoną siłą.

Z zapisków Morella wynika, że wiosną 1945 roku Hitler był już wrakiem – siwy, zgarbiony, powłóczył nogą, lewą rękę miał całkiem nieruchomą, jedno oko zmętniałe.

Doktor wstrzykiwał mu coraz większe dawki preparatów. Stres, siedem lat terapii Morella i psychiczne skutki zamachu sprawiły, że zmienił się w sterowane lekami zombie.

Jednak w końcu zwrócił się przeciw swojemu ulubieńcowi. Gdy ten przyszedł do niego ze strzykawką 21 kwietnia 1945 roku, Hitler kazał mu się wynosić, podejrzewając, że ma zamiar wstrzyknąć mu morfinę na zlecenie generałów i wywieźć z Berlina.

Dziewięć dni później wódz strzelił sobie w głowę z pistoletu, po wcześniejszym rozgryzieniu ampułki z cyjankiem (według oficjalnych doniesień medialnych – dopisek Robert B).

Morell wydostał się z Berlina samolotem do Monachium, gdzie trafił wkrótce do szpitala w stanie przedzawałowym. Tam znaleźli go Amerykanie. Po wyjściu został aresztowany, przesłuchany, a następnie zamknięty w przerobionym na więzienie dla nazistów obozie w Dachau.

W amerykańskiej prasie ukazał się tymczasem sensacyjny artykuł o spisku mającym na celu otrucie Hitlera, w którym rzekomo mieli brać udział Himmler, Bormann i Morell. Dowodów na to nigdy nie znaleziono, jednak Morell został potraktowany przez aliantów łagodnie. Jego rywal Karl Brandt skończył na szubienicy.

W czerwcu 1947 roku były osobisty lekarz Hitlera dostał nakaz opuszczenia Dachau. Jako bezdomny zamieszkał na dworcu w Monachium, skąd zabrała go opieka społeczna (a co z jego bogactwem? – dopisek Robert B).

Zmarł w szpitalu niespełna rok później.

Andrzej Fedorowicz
źródło: historia.focus.pl

Źródło: https://tajemnice.robertbrzoza.pl/prawdziwa-historia/lekarz-zamienil-zdrowego-hitlera-w-zombie/