O wolontariacie w szkole w Gwatemali.

DCIM105GOPRO

Obudziłam się w domu Marii o godzinie 4:55 rano, bo kogutom z podwórka zachciało się (jak codzień zresztą) oznajmić całemu światu, że nadchodzi dzień. Z tymże ich koguty mają zachrypnięte te swoje głosy i wychodzi im to marnie, brzmi jak szeroko pojęta ‘zardzewiałość’ według mnie. W każdym razie koguty strasznie mnie drażniły i nie byłam dla nich ani odrobinę tolerancyjna tym razem. Rozeźlona wstałam nieco przed szóstą i łypałam na takiego jednego co sobie stał na podwórku na podwyższeniu i ćwiczył zachrypnięte kukuryknięcia do utraty tchu.

Około dziewiątej pożegnałam się ze wszystkimi i z Marią i pojechałam do Flores, bo miałam kupę rzeczy do zrobienia na komputerze i potrzebowałam internetu. Udałam się więc do Galerii Zotz coś tam, w której byłam dwa dni wcześniej i zamówiłam sobie tradycyjne śniadanie – jajecznica z pomidorem, dwa kawałki chleba, frijoles oczywiście i smażone banany. Z kawą kosztowało mnie 25 Q (ok. 3 USD). Zajadałam się, ciesząc się internetem i nawet połączyliśmy się na Skype z rodzinką, aż nagle padł prąd. I już nie powstał niestety, i to na całej wysepce. A ja miałam tyle rzeczy do zrobienia! No cóż, życie nie zawsze układa nam się tak, jak sobie to planujemy. Zebrałam się więc i pojechałam na stację autobusową, z której miałam wziąć autobus do La Lucha na ten wolontariat organizowany przez Marię. Aha, najpierw poszłam na te moje ukochane lody za 13 Q dwie gałki, tym razem kokos i pistacja. Usiadłam sobie z nimi na brzegu jeziora i oddałam się rozkoszy.

Później dojechałam moim ulubionym tuk-tukiem do stacji, zorientowałam się skąd i o której odjeżdża mój bus i gdzie jest internet. Miły pan policjant wskazał mi kafejkę internetową i tam przesiedziałam 40 minut za 5 Q (ok. 2 zł) robiąc tyle, ile mogłam, aż tam też padł prąd. Poszłam więc na stację i zasiadłam w busie, na samym tyle przy oknie, które sobie otworzyłam, żeby mieć czym oddychać przez 3 godziny jazdy.

W Gwatemali jest tak, że ludzie sprzedają wszystko przynosząc Ci to prosto pod nos. Siedząc w busie możesz zaopatrzyć się w jedzenie na drogę – mango obrane i pokrojone w plasterki, ananasy, czipsy z platanów, tamales, tacos; picie – wodę, wodę z kokosa, soki, napoje gazowane; różne – pastę do zębów, żyletki do golenia, tabletki.

Ruszyliśmy o 12:00 i pojechaliśmy najpierw na inną stację autobusową, żeby zebrać więcej pasażerów. Żeby tam dojechać bus musiał przecisnąć się przez rynek ze straganami, był korek, wszyscy trąbili, tuk-tuki i skutery z milionami ludźmi tłoczyły się dookoła w kierunku jazdy i pod prąd także, skwar lał się z nieba a sprzedawcy zachęcali mnie nieustannie do kupienia pasty do zębów przez moje otwarte okno, przy którym siedziałam.

Ale to jeszcze było nic. Dojechaliśmy do tej mini stacji autobusowej i tam to dopiero było ZOO. Siedzieliśmy w busie przez około 20 minut i w tym czasie przewinęło się przez niego co najmniej 30 osób sprzedających to wszystko, co wymieniłam wcześniej. Wykrzykując jak litanie nazwy produktów, które oferowali, włazili do środka nawet po kilka razy, bo a może ktoś zmienił zdanie. Wszystko, co sprzedają jest za 5 Q czyli ok. 2 złote, taniutko więc, ale ile można? W pewnym momencie, po około 25 „No, gracias” (nie, dziękuję) patrzyłam już na to z czystym rozbawieniem, uśmiechając się porozumiewawczo do pana, który siedział obok i miał podobne odczucia. To był sajgon. A jak już przekonali się, że w środku nikt nie chce, to jeszcze z zewnątrz przez okno oferowali mi i innym pasażerom. Około 10 razy dotknięto mojego ramienia wystającego przez okno, pytając czy nie chcę kupić pasty do zębów. Tylko spokój nas ocali. I cierpliwość.

Ok, ruszyliśmy. Jazda miała trwać 3 godziny, nie tak strasznie więc. Mijaliśmy kolejne wioski i przyglądałam się, jak pasażerowie mojego busa wszystkie swoje śmiecie wyrzucają po prostu przez okno busa. Smutne, bo dzieci to podłapują i robią dokładnie tak samo. Po dwóch godzinach skończyła się jezdnia i wjechaliśmy na drogę szutrową, z kamieniami i bus zaczął sobie podskakiwać. Ale to tylko godzinka, pomyślałam.

Dwie i pół godziny później wiedziałam już, że jadę na koniec świata. Jechaliśmy po wybojach mijając kolejne wioseczki, i za każdym razem myślałam, że to już ta moja. O, nie. W dodatku między wioskami niczego nie było, tylko droga i dżungla.

Ok, w końcu przed piątą dotarłam do La Lucha. Wysiadłam przed domem kobietki, o której powiedziała mi Maria, ale okazało się, że będę spać gdzie indziej. Pani dała mi kubek zimnego picia, które było jak błogosławieństwo z nieba. Przyjechał po mnie Hilario, koordynator projektu i na motorku zawiózł mnie do chatki, która ma być moją przez następny tydzień. Tam czekał na mnie pan Bati, który z rodziną mieszkał nieopodal i użyczał tego domku dla wolontariuszy, i pokazali mi chatkę – w środku są dwa łóżka, jedno z moskitierą, mały stolik z książkami, jedno krzesło i goła ziemia z kamieniami. Mogę korzystać z łazienki pana Bati, oprowadziła mnie jego córka Lituania.

Czułam się jak w bajce – to znaczy surrealistycznie. Znalazłam się w maleńkiej wiosce na końcu świata, zamieszkanej przez prawdziwych, autentycznych, rdzennych mieszkańców, którzy z ciekawością przyglądali się mi – prawdopodobnie jedynej blond i najwyższej w całym regionie, uśmiechając się do mnie i pozdrawiając. Usiadłam przed chatką rodzinki, która ma domek zaraz obok i mi udostępniają prysznic i toaletę (a wszystko dostosowane dla niskich ludzi, więc głowa mi wystaje na świat zza każdych drzwi) i porozmawialiśmy trochę. Byli bardzo ciekawi, jak się żyje w Polsce i tak dalej. O szóstej przyszła po mnie inna dziewczyna, Albina, i zabrała mnie na kolację do swojego domu nieopodal. Po drodze mijałyśmy boisko, gdzie chłopcy grali w piłkę i z każdej strony czułam ciekawe spojrzenia na plecach. W zeszłym roku mieli kilku wolontariuszy, ale ja jestem pierwszą w tym roku.

W domu Albiny porozmawiałam trochę z jej mamą, ale trudno było mi ją zrozumieć. Albina przygotowała dla mnie kolację – talerz z frijoles (fasolka), dwa jajka na twardo, ciepłe tortille i zimny sok pomarańczowy. Byłam strasznie głodna, bo w sumie nie jadłam nic od śniadania, zajadałam się więc fasoleczką, zagryzając tortillą i popijając zimnym sokiem. Gawędziłyśmy z Albiną i jej mamą, były ciekawe, co się je w Polsce, opowiadałam im więc o wszystkim, rozmawiałyśmy o szkołach, edukacji, sytuacji politycznej i tak dalej. Pomyłam naczynia i poszłam z powrotem do mojej chatki, żeby nie łazić po ciemku. Rozpakowałam się trochę, fajnie mieć trochę własnej przestrzeni nawet na chwilę. Już chciałam schronić się pod moją moskitierą i poczytać książki, kiedy na ścianie zauważyłam OGROMNEGO pająka. Jak to bywa w takich sytuacjach, serce zatrzymało mi się na chwilę i tak stałam, niepewnie na niego patrząc i błagając go w duchu, by sobie poszedł. W głowie debatowałam nad zabiciem go, ale nie zrobił mi nic złego i chciałam, żeby po prostu skierował się do drzwi i wyszedł. Nie zdawał się jednak poprawnie odczytywać moich sygnałów mentalnych, kręciłam się więc niepewnie, nie wiedząc co zrobić.

W tym momencie usłyszałam nadchodzącego pana Bati i z ulgą powitałam go „Przyszedłeś uratować mi życie?”. Spojrzał na pająka i z uśmiechem uspokoił mnie, że one nic złego nie zrobią. Zapytał, czy chcę, żeby go zabił, ale po namyśle stwierdziliśmy, że go wypuści na zewnątrz. Złapał jakąś szmatę, w nią pająka, pokazał mi wystającą nogę dla zapewnienia, że go ma, i zaniósł go gdzieś w krzaki. Ogólnie przyszedł tylko po to, zeby zapytać jak się mam i czy wszystko ok. Miły, niski, starszy pan pracujący w polu, z tak szczerym uśmiechem i głosem, że naprawdę go polubiłam. Ostrzegł mnie przed skorpionami – te gryzą. Ale się nie umiera, powiedział. „Moją żonę wczoraj w nocy ugryzły dwa. To tylko boli. Ale jak zobaczysz jakiegoś, to mnie zawołaj i go zabiję.”

I tak sobie jestem, schowana pod moskitierą. Jutro na 8 rano mam być w szkole, gdzie powiedzą mi, co mam robić przez następny tydzień.

Pająk powrócił. Wieczorem. Chyba mnie polubiła. Nie wiem czemu, ale myślę, że to samica.

Spałam całkiem dobrze, z lasów nieopodal dochodzi ryczenie jakichś dziwnych zwierząt, które brzmi jak apokalipsa zombie. Obudził mnie o 6 rano wesoły głos z zewnątrz „Hola, gringa!” więc wyskoczyłam z łóżka i zaczęłam się ogarniać. Gringa/gringo to określenie na każdego człowieka z krajów północnych używane przez mieszkańców Ameryki Centralnej i Południowej.

Okazało się, że dzisiaj na jedzenie będę chodzić do innej rodziny, i tak każdego dnia. Przyjechał więc po mnie na rowerze mały Kervin i zaprowadził mnie do swojego domu, gdzie Lucy, jego mama, przygotowywała śniadanie. Lucy ma czwórkę dzieci, najstarsze ma 14 lat. I ona ma tylko 29 lat, aż trudno mi było uwierzyć w jak odmiennej sytuacji może być dziewczyna starsza ode mnie tylko o 3 lata. Z całą rodziną mieszkają w jednoizbowej chatce, co tutaj jest normalne. Dostałam na śniadanie zupę/rosół z kurczaka – Lucy nie wiedziała, że nie jem mięsa, ale nie lubię być osobą kapryśną czy wybrzydzającą, zjadłam więc. Poza tym to był kurczak z podwórka, organiczny, szczęśliwy i lokalny, nie czułam więc winy. Dostałam też słodką kawę i dwa banany na drogę.

Po śniadaniu poszłam do mojej chatki, wzięłam plecak i ruszyłam do szkoły, znajdującej się 20 metrów dalej, z której już dochodził gwar dziecięcych głosów. Na początek miałam wejść i przedstawić się w trzech klasach. Przedstawiałam się więc i pytałam każde z dzieciaczków z osobna o ich imię i wiek. Niektóre potrafiły, niektóre nie – ale i tak podoba mi się ta cała kwestia, że przynajmniej wiedzą, że istnieje coś takiego jak język angielski i że jest on bardzo ważny w życiu. Później wylądowałam na dwie godziny z grupą cztero- i pięciolatków, z którymi miałam powtórzyć liczby. Wszystkie buźki uśmiechały się do mnie, ale gdy doszłam do jednej dziewczynki i zapytałam „What’s your name?” jej uśmiech zmienił się w podkówkę i rozpłakała się mówiąc „nieeeee wieeem…”. Później okazało się, że jest nowa w szkole i się stresuje. Boże, jak ciężko było mi nad nimi zapanować. Z pomocą ich nauczycielki zdołałyśmy powtórzyć numery, zaśpiewać kilka piosenek i porzucać piłką.

Potem była przerwa, podczas której dzieciaki grają na boisku w piłkę lub idą do sklepu po picie albo lody. To znaczy te tutejsze lody to po prostu sok owocowy, zamrożony i zamknięty w foliowym woreczku. Dzieciaki koniecznie chciały, żebym z nimi pograła w piłkę, poszłam więc i pograłam. Co chwilę inne dziewczynki przychodziły do mnie, łapały mnie za ręce i się przytulały. Wypytywały mnie o moje rodzeństwo, imiona moich rodziców, skąd jestem i tak dalej.

Po przerwie przyszedł czas na inną grupę, z siedmio- i ośmiolatkami. Powtarzaliśmy kolory i numery i to było trochę łatwiejsze do ogarnięcia. Z entuzjazmem współpracowali ze mną, ale były momenty, kiedy wszyscy się rozbiegali i nie wiedziałam za bardzo, co robić. Ale powtórzyliśmy trochę i ogólnie było fajnie. Zakończyliśmy 20 minutami rysowania w zeszytach, siedziałam na krześle, a oni siedzieli na podłodze wokół mnie i rysowali. Przekrzykiwali się nieustannie próbując złapać moją uwagę – a jako że tutaj jestem znana jako Magdalena, krzyczeli moje imię jedno przez drugie, aż do utraty tchu, z niezmiennymi szerokimi uśmiechami na buźkach tak, że nawet nie miałabym serca tracić cierpliwości.

Zostałam odprowadzona do domu przez trójkę dzieciaków, które zapewniły mnie, że później wpadną mnie odwiedzić. Ja poszłam do domu Lucy na obiad (chociaż wcale nie byłam głodna jeszcze) i byłam bardzo podekscytowana faktem, że mogłam jej pomóc lepić tortille. Bardziej lokalnego doznania nie mogłabym sobie wymarzyć, najpierw wychodziły mi koślawe, ale z każdą kolejną było coraz lepiej. Piece tutaj są takie tradycyjne, że pod płytą jest normalnie drewno i ogień, a sam piec jest ceglany. I te tortille kładzie się z góry i się tak pieką przez dosłownie kilka minut z każdej strony. A jak smakują! Kukurydzianymi tortillami w Meksyku i w knajpce we Flores byłam już tak przejedzona, że z obawą oczekiwałam codziennych tortilli w La Lucha, bo tu się je je do śniadania, obiadu i kolacji. I pewnie do deseru, lodów, ciast, herbaty… przesadzam : )

Ale tortille, które robiłyśmy z Lucy były tak pyszne, że zapędziłam się i do obiadu zjadłam trzy – wraz z ryżem i obowiązkową fasolką (frijoles) i się tak zapchałam, że nie mogłam się ruszyć. Pogadałam z nimi trochę i poturlałam się do mojej chatki, żeby się przygotować do lekcji dnia następnego – ale jak tylko ułożyłam się na łóżku z książką, zasnęłam.

Chwilę później przyszły dzieciaki i siedzieliśmy na ławeczce przed moim domkiem, rzucając kamieniami w drzewa i licząc, kto trafi najwięcej. Dziewczynka z naprzeciwka przyniosła mi dzbanek zimnego picia ze swojego domu i siedziała ze mną, opowiadając o swojej rodzince i życiu. Zrobiłam jej warkocza i później czytałam jej i jej siostrze „Małego Księcia” po hiszpańsku. Gryzły mnie strasznie komary, mrówki i muchy.

Dziewczynki zaprosiły mnie na „Culto” wieczorem, czyli takie jakieś spotkania w kościele, gdzie śpiewają, modlą się itd. Śmieszne, bo w tak malutkiej wiosce, jaką jest La Lucha, są cztery kościoły z różnymi wyznaniami. To znaczy te kościoły są malutkie i proste, ale są katolicy, adwentyści i jeszcze inni, których nazw nie znam. Są bardzo religijni tutaj – z muzyki słuchają tylko piosenek religijnych i chodzą na te Culto praktycznie codziennie. Bo w sumie co innego mają robić wieczorami?

Ale poszłam na kolację do Lucy i jej jeszcze nie było, siedziałam więc z jej dzieciakami i pomagałam im z zadaniem domowym, a z najmłodszą rysowałam zwierzaki. Kervin pytał mnie o słówka po angielsku, podoba mi się to, że taką ma chęć do nauki.

Ach, im bardziej wgłąb Gwatemali, tym większe z nich brudaski. Rzucają wszystkie śmieci tam, gdzie stoją, plują na ziemię i podłogę (nawet dzieci w szkole) i ogólnie nie przeszkadza im lekki syfek. Najohydniejszą rzeczą jaką doświadczyłam jak dotychczas było to, gdy mała Jocelyn, córeczka Lucy, która jest przeziębiona i ma katar, zgarnęła swoje gile z nosa w rękę i rzuciła je na podłogę w kuchni. O mamo.

W każdym razie przyjechała Lucy, zmieliła frijoles z obiadu i dała mi talerz tego z ryżem i tortillą. Pycha! Znów pomogłam jej ulepić trochę tortilli i już mi wychodziły ładniejsze. Zostałam tam jeszcze z półtorej godziny i gadaliśmy sobie o różnościach, jej dzieciaki są bardzo fajne, szanują się nawzajem, żyją wszyscy w jednej izbie, inne życie. Opowiadałam Lucy o pierogach i chce posmakować, będziemy więc chyba lepić w tym tygodniu.

Dzień 3

Obudziłam się o 5 rano do ryków tych małp z lasu, jakby zarzynano trzydzieści lwów. O 6:30 przyszła po mnie dziewczynka Larissa ze swoim małym braciszkiem i zaprowadzili mnie do swojego domu, gdzie dzisiaj miałam się żywić. Mama nazywała się Virginia i ma czwórkę dzieci. Wyglądała mi na 50 lat, ale okazało się, że ma 38. Dostałam na śniadanie frijoles z jajecznicą – mniam! I słodką kawę oczywiście. Później poszłam do szkoły, gdzie już czekały rozkrzyczane i uśmiechnięte buzie wołające „Hello, Magdalena!”, „Good morning!”. Pierwsze zajęcia miałam z grupą dziewięciolatków, fajnie pracowali ze mną i uczyliśmy się podstawowych pytań, jak się nazywasz, skąd jesteś itd. Pokazałam im też globus i szukali poszczególnych krajów, przede wszystkim Polski, bo chciałam, żeby wiedzieli, skąd jestem.

O 10:00 zawsze jest ok. 40 minutowa przerwa, poszłam więc z nimi na boisko pograć w piłkę. Te dzieci mają niezużyte pokłady energii i potrafią bawić się, biegać i krzyczeć w prawie czterdziestostopniowym upale. Po przerwie miałam zajęcia z inną grupą, z młodszymi i ciężko było nad nimi zapanować, ale udało nam się powtórzyć kolory i utrwaliłam je z nimi, czytając książkę i pytając, jakiego koloru są poszczególne elementy. Pod koniec lekcji wszystkie dzieci umiały nazwać kolory po angielsku i byłam z nich bardzo dumna.

Po szkole, odprowadzona przez około piątkę dzieciaków, zostawiłam plecak w moim domku i ruszyłam do pani Virginii na obiad. Dostałam talerz z ryżem i frijoles oraz tortille. Zazwyczaj jak jem u rodzin, to przygotowują talerz dla mnie, ale sami nie jedzą, stoją tylko lub siedzą uprzejmie i sobie rozmawiamy. Wolałabym jeść z nimi wszystkimi, no ale cóż. Powiedziała mi, żebym na kolację przyszła około piątej, bo oni nie mają w ogóle prądu i później będzie ciemno.

Wróciłam więc do mojego domku, a skwar był taki, że nie dało się żyć. Położyłam się na chwilkę, żeby odsapnąć, bo praca z dzieciakami wyciąga ze mnie wszystkie siły. Po godzinie obudziły mnie słodkie głosiki z zewnątrz, przyszła banda posiedzieć ze mną na ławce i pogadać o pierdołach. Słodcy są, szczególnie moje sąsiadki z naprzeciwka. O 3 poszliśmy do biblioteki, do której dostałam klucz, bo powiedziałam, że mogę zrobić też lekcję po południu. Przyszło około 10 dzieci i czytaliśmy książkę o Złotowłosej po angielsku, tłumacząc na hiszpański. Później wyciągnęli mnie na boisko, gdzie graliśmy w piłkę nożną, a o 5 poszłam na kolację. Dostałam to samo, co na obiad, ale frijoles były zmielone – i wyznam, że wcale mi się nie nudzą. Muszę się hamować z tortillami, bo tak mi smakują, świeże, ciepłe i chrupiące, zupełnie inne niż serwowane w restauracjach gdziekolwiek. Mniam!

Wieczorem poszłam z Lituanią na El Culto. Było bardzo miło, chociaż był to kościół Adwentystów dnia siódmego, czyli nie moja bajka, ale z ciekawości poszłam. Dzieci, które znały mnie ze szkoły, były bardzo szczęśliwe na mój widok i nawet pani prowadząca ceremonię powitała mnie oficjalnie. Ceremonia wyglądała tak, że najpierw dwie kobiety zaśpiewały 5 pieśni religijnych, z mikrofonami i fałszując niemiłosiernie; później było kazanie i trochę więcej śpiewów, a na końcu modlitwa. Potem poszłam spać po prostu, bo byłam zmęczona.

Dzień 4

Zauważyłam, że z czasem człowiek oswaja się z warunkami, nawet jeśli są one dużo gorsze od tych, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Jestem już w stanie siedzieć lub drzemać bez moskitiery, i stąpać po mojej gołej podłodze bez strachu wdepnięcia w skorpiona. Oswoiłam się z moją chatką, chociaż za trzy dni już ją opuszczam. Podobnie fakt, że do toalety muszę iść 40 kilometrów (no dobra, z 40 metrów).

Dzisiaj byłam na śniadaniu u pani Cecilii, o 7 rano przyszła po mnie Maria. Lubię sobie rano posiedzieć na ławeczce przed moją chatką kiedy czekam, żeby ktoś po mnie przyszedł, bo jeszcze nie ma tego gorąca i poranna mgła ze wstającym słońcem i białym koniem gryzącym trawkę na działce obok wygląda pięknie.

Na śniadanie dostałam uwaga… zupkę chińską! Taką, co się zalewa wrzątkiem. Zjadłam, ale trochę z zazdrością patrzałam na talerz przygotowany dla pana domu, pełen frijoles z serem. Chyba się ‘zgwatemaliłam’, bo mogłabym jeść fasolkę i tortille na okrągło.

Później poszłam do szkoły – miałam zajęcia z trochę starszą grupą i uczyłam ich podstawowych pytań. Całkiem dobrze im szło, ale po dwóch godzinach czułam się jak stary worek na ziemniaki, podziurawiiony i poszarpany – tyle energii wyciąga ze mnie bycie panią profesor. Nie ma zmiłuj, zostało nam 15 minut do przerwy, poszliśmy więc na boisko i nauczyłam ich podstawowych słówek – tańczyć, skakać, siadać, biegać – i oczywiście musieli wszyscy powtarzać za mną, nabiegaliśmy się więc i naskakaliśmy, ale fajnie zapamiętali słówka.

Na przerwie kupiłam sobie zasłużonego loda – czyli ten skruszony lód nasączony smakiem, ja kokosowym, za 1 Quetzala – ok. 50 groszy. Zajadałam się na ławeczce z innymi dzieciakami i później poszłam pogadać z innymi nauczycielami, jest ich 4. Ostatnią godzinę miałam z dzieciaczkami i czytałam im książkę o zwierzętach i kolorach, ale ledwo dotrwałam do 12, bo oni tak strasznie krzyczą! Bycie nauczycielem jest naprawdę ciężką robotą i podziwiam moją mamę, że dała radę uczyć przez ponad 25 lat. Alleluja.

Potem poszłam z Marią na obiad, dostałam ryż z takim sosem pomidorowo-ziemniakowym, bo były kawałki ziemniaka w tym też. Dała mi kurczaka, ale podrzuciłam go Marii na talerz po kryjomu. Po obiedzie, w skwarze południowego słońca doczłapałam się do chatki, wzięłam zimny prysznic (innego nie ma!) i trochę odpoczęłam.

O trzeciej usłyszałam tupot małych stópek na zewnątrz i kiedy wyjrzałam za drzwi, zobaczyłam moich dwóch ulubionych kolegów, którzy z łobuzerskimi uśmiechami na buźkach zawołali „hola, Magdalena!”. Zasiedliśmy na naszej ławeczce i zajęliśmy się rzucaniem kamieni, próbując trafić w konkretną gałąź – nasza ulubiona zabawa. Potem poszliśmy do biblioteki, gdzie pouczyłam ich jeszcze trochę angielskiego, przeczytałam im dwie bajki po angielsku, a potem poszliśmy na boisko grać w piłkę. Byłam na bramce, a dzieciaki biegały jak szalone na boso, śmiejąc się, przepychając i broniąc mojej bramki zawzięcie. Uśmiałam się nieziemsko z nimi. Poza tym, przy każdej okazji mówią mi kolory po angielsku, tak jak ich uczyłam przez ostatnie dni – ja mam rower blue i red, mój lód jest blue a jego orange itd… napawając mnie dumą.

Po piątej poszłam na kolację, bo pani Cecilia też nie ma prądu w domu, więc żeby po ciemku nie łazić. Dostałam… spaghetti! Makaron z sosem pomidorowym, było bardzo dobre, zjadłam do tego trzy tortille, bo nie mogłam ich sobie odmówić. Zatęskniłam dziś jednak trochę za moimi frijoles! Pani Cecilia dawała mi talerz jedzenia, ale za każdym razem wychodziła z kuchni i siadała sobie gdzieś na krześle, więc jadłam w samotności. No cóż.

I w sumie tyle, wróciłam do chatki, weszłam pod zimny prysznic i poszłam odwiedzić Lucy, tę sprzed dwóch dni. Usiadłam sobie z nią i takim starszym panem, który też akurat tam był i opowiedział mi o tym, jak powstała La Lucha. Okazuje się, że ten pan był jednym z założycieli tej wioski, kiedy to we wczesnych latach 70tych przybyli na te tereny w poszukiwaniu ziemi do uprawiania żywności. Potem musieli je opuścić, bo przyszła wojna cywilna w Gwatemali i ten pan mieszkał przez ponad 10 lat w Meksyku. I wrócili, zaczęli uprawiać ziemie i tak sobie są aż do dzisiaj.

Wszyscy są mili dla mnie i ogólnie jestem szczęśliwa, że tu wylądowałam, ale czuję, że tydzień mi wystarczy. To tak naprawdę nic tutaj, bo zaledwie zdążę powtórzyć trochę angielskiego z nimi i już wyjeżdżam, wolontariusze zazwyczaj zostają dłużej, ale jakbym została dłużej to bym się pewnie bardziej przywiązała do niektórych dzieci i ludzi i byłoby mi ciężej wyjechać. Poza tym trochę mi brak internetu czasami!

Dzień 5

Ostatni dzień szkoły! Dzisiaj przyszło mi jeść u rodziny chłopca o imieniu Cruz, który bardzo fajnie łapie angielski. Jego mama nazywa się… Magdalena! Ale tak naprawdę całym gotowaniem zajmuje się jego siostra, która ma 21 lat, nigdy nie chodziła do szkoły i ma półtorarocznego malucha. W ogóle dzieci tam było dużo u nich. Dom mają też tradycyjny – oddzielnie drewniany dom jednoizbowy z dachem pokrytym strzechą i oddzielnie kuchnia, czyli też taka drewniana chatka, ze stołem i paleniskiem do gotowania. Podobało mi się, z jaką wprawą siostra Cruz’a robiła tortille – pach, pach i były gotowe. Dostałam na śniadanie frijoles z jajecznicą i świeżymi tortillami i nie mogłabym być bardziej zadowolona. Zajadałam się, aż mi się trzęsły uszy, mimo limitu jaki sobie nałożyłam co do ilości tortilli. Tenże limit porzuciłam już dawno, kiedy uświadomiłam sobie, że to są tak naprawdę tylko zmielone warzywa – kukurydza z wodą i wapniem. Wmówiłam sobie, że nie tuczy (nie to, co nasz chleb) i jadłam już po 5-6 do posiłku.

Po śniadaniu ruszyłam do szkoły i miałam ostatnią lekcję ze starszymi dziećmi, uczyliśmy się nazw owoców. Po prawie dwóch godzinach byłam wy-czer-pa-na i podczas przerwy usiadłam na ławce z dwiema innymi nauczycielkami. Rozmawiałyśmy sobie o różnościach i w którymś momencie wyszło, że przygotowują budynek i chcą zacząć sprzedawać ziarno o nazwie ‘ramón’, które zbierają w pobliskich górach. Podobno ma ono niezwykłe właściwości odżywcze i już zdobywa popularność. Fajnie, że tak myślą przyszłościowo i chcą się rozwijać. Pani Odilia zadzwoniła nawet do sklepu z kawą i ciastkami robionymi z tego nasionka i zamówiła trochę dla mnie, żeby wsadzili w paczkę i przekazali autobusem do La Lucha.

Po chwili zostałam zawołana na boisko i grałam z dzieciakami w piłkę nożną. Nie mam pojęcia, skąd oni biorą tyle energii, ale mogą biegać w tym gorącu godzinami. Po przerwie miałam się pożegnać ze wszystkimi klasami i rozeszliśmy się do domów. Poszłam na obiad i dostałam frijoles z ryżem i tortille. I znów się najadłam, czuję, jak mi przybywa ociupinkę ciałka tu i ówdzie, ale traktuję to jako zbieranie zapasów na dalszą podróż i pewnie bardziej ubogi plan żywieniowy. Poza tym nie sądzę, żebym gdziekolwiek indziej znalazła tortille tak pyszne, jak w La Lucha – to sobie powtarzam za każdym razem, kiedy biorę następną.

Po południu poszłam do Lucy, która ma maszynę do szycia i zaoferowała mi naprawę moich kolorowych szarawarów, które mają już 7 lat i tysiąc dziur. Posiedziałam u niej dwie godziny, rysując z jej córeczkami, które są przesłodkie – zaplotłam im też warkocze. Szczęśliwa patrzałam na moje pozszywane spodnie, które teraz wyglądają jak nowe.

Na trzecią byłam umówiona z dziećmi w bibliotece, poszłam więc do domku się przebrać. Przyszedł pan Bati i usiedliśmy sobie na ławeczce przed moim domkiem, gawędząc o świecie. Później ruszyłam do szkoły, bo już na mnie czekali – wraz z sześcioma dziewczynkami czytałyśmy bajkę o Złotowłosej i już łapały więcej (bo po angielsku). Jak tylko skończyłyśmy, pobiegliśmy wszyscy na boisko, żeby grać w piłkę. Ja znów stałam na bramce, a oni pomykali do utraty tchu. W ogóle to grają świetnie – chłopaki i dziewczyny. Traktują się też dobrze, nie ma fochów ani przepychanek, a jak któreś się przewróci, to wstaje, otrzepuje się i biegnie dalej. Najbardziej podoba mi się, jak czasem mamy ustalić skład grup i te małe brzdące krzyczą „hombres contra mujeres!”, czyli ‘mężczyźni kontra kobiety’, tak właśnie. Nie ‘dziewczyny kontra chłopacy’, tak tak – mężczyźni i kobiety. I podoba mi się jak to brzmi w ustach siedmiolatków.

Po piątej poszłam do chatki przebrać się i wykąpać i o 6 ruszyłam na kolację. Pani Magdalena suszyła chilli, rozkłądając je na wielkej folii, zeby schły w słońcu przez trzy dni. Dostałam kolację – omlet z jajka z frijoles, tym razem zmielonym. Mniam! Chciałam szybko zjeść i pójść, bo Lucy zaprosiła mnie na El Culto do jej kościółka. Ale przyszedł pan Santos, mąż Magdaleny i zasiadł sobie ze mną z widoczną ochotę na pogawędkę. Pogadaliśmy sobie więc, a pan był bardzo miły i powiedział, że jest wdzięczny mi i ogólnie wolontariuszom za to, że tu przyjeżdżają, bo on rozumie wartość, jaką ma znajomość języka angielskiego i jego synowie są jego przyszłością. Bo żeby wyjechać do Stanów i móc tam pracować, trzeba znać angielski. Lub znaleźć jakąkolwiek pracę w Gwatemali. Podobało mi się jego myślenie i podejście do tematu, bo niektórzy rodzice to woleliby, żeby ich dzieci tu zostały i pomagały przy gospodarstwie domowym. Mówił też o tym, że mimo tego, że jego ojczystym językiem jest Mam, a jego żony jakiś inny odłam języka Majów, nie uczy go swoich dzieci. Bo rozumie wagę przekazania informacji o przodkach, tradycjach, ale woli, by jego dzieci skupiły się na języku hiszpańskim i angielskim i aby były przygotowane do życia we współczesnym świecie.

W każdym razie, przed siódmą ruszyłam na El Culto i znów zostałam entujastycznie powitana i wszyscy się do mnie uśmiechali. Zgarnęłam półtorarocznego brzdąca od siostry Lucy i wytrzymał u mnie około 20 minut, aż dostał czkawki się rozpłakał. Usiadłam w rządku z Lucy i jej córkami, pożyczyły mi chustkę do nakrycia głowy (taki tam mają zwyczaj), Biblię i śpiewnik. Te ich Culto to bardziej takie spotkanie niż msza, najpierw śpiewają ze trzy, cztery pieśni, później jest kazanie – czytanie fragmentów Biblii i ich omawianie; i później znów śpiewy. Zostałam zaproszona na kolejne Culto jutro i obiecałam, że pójdę.

Przy wychodzeniu było coś w stylu znaku pokoju i wszyscy podawali sobie dłonie. Wychodząc, zgarnęłam z krzesła śpiącego, czteroletniego siostrzeńca Lucy, który za nic nie chciał się obudzić i spał słodko w moich ramionach przez całą drogę do ich domu. Odprowadziłam je, a później one odprowadziły mnie, i tyle.

Co mi się jeszcze podoba w La Lucha to to, jak starsze dzieci uwielbiają maluchy. Jak tylko pojawia się na horyzoncie jakiś bobas, zaraz ląduje u innych dzieciaków w ramionach, okazują im tyle czułości, że aż miło patrzeć. Przechodzi z rąk do rąk, szczególnie w kościele, u mnie też lądują : )

Jak już prawie zasypiałam, usłyszałam głosy za drzwiami. Okazało się, że to pan Bati i jeden z profesorów, przyszli z wizytą, zobaczyć, jak się mam i ogólnie pogadać. Zasiedliśmy na ławeczce przed moją chatką i tak sobie gawedziliśmy ponad dwie godziny, zapadła już noc i siedzieliśmy po ciemku, ale świecił księżyc. Pan profesor opowiadał mi o przedsięwzięciach, za którze biorą się w La Lucha, rozmawialiśmy znów o tym ziarnie ramón, opowiedział mi jeszcze więcej o jego właściwościach. Poza tym rozpoczynają produkcję miodu, oczywiście organicznego, naturalnego i unikalnego, bo tylu rodzajów kwiatów co tu, nie ma nigdzie indziej. A jeśli są, to są po prostu inne. Dlatego w niedzielę mają spotkanie w szkole, żeby doedukować się na temat robienia miodu, cyklu życia pszczół, itd. Zapytałam, czy też mogę przyjść i bardzo się ucieszyli, że chcę uczestniczyć. Opowiadałam im o trendzie na ‘superfoods’ czyli super żywność – jak niektóre produkty, które są w naszych domach od lat, stają się niezmiernie popularne ze względu na swoje właściwości – miód, kurkuma, cynamon, quinoa, kapusta kiszona itd. Podsunęłam im jeszcze pomysł na wyrabianie własnego oleju kokosowego, na który jest ogólny szał w Europie i w Stanach.

Dzień 6 – sobota

Dzisiaj jest dzień wolny dla większości mieszkańców La Lucha. Ci z Kościoła Adwentystów i ‘Sabatico” sobotę obchodzą tak, jak Katolicy niedzielę – nie pracują i idą do kościoła. To znaczy na Culto, bo mszy nie ma, ponieważ nie ma księdza.

Obudziłam się dzisiaj przed szóstą już sama z siebie, chyba mi się zegar biologiczny przestawił. O siódmej przyszli po mnie chłopcy i zaprowadzili do swojego domu na śniadanie. To znów jeden z tych domów, do których nie dociera prąd; ale w tym jest jakoś inaczej. Kuchnia też jest na zewnątrz, ale nie ma ścian, jest to praktycznie tylko piec z paleniskiem pod daszkiem ze strzechy. Super, bo powietrze przelatuje swobodnie i nie ma takiego zaduchu, poza tym kobieta nie jest zamknięta, gotując, tylko sobie pichci na otwartym powietrzu. Na śniadanie dostałam zmielone frijoles z omletem i świeżymi tortillami… mniam! Pan Tata też był w domu – przez cały tydzień, gdziekolwiek nie szłam, zazwyczaj nie było ojców – pracują w polu całymi dniami. Jako, że jest weekend, ten tata był.

Ja dostałam talerz z jedzeniem przy stole, tata również. Mama Valentina i dzieci jedli na stojąco lub na krzesłach bliżej kuchni. Chciałabym, żebyśmy sobie jedli wszyscy razem przy jednym stole, ale tu widocznie jest tak, jak jest. Zdecydowanie widać podział ról – mężczyzna pracuje, a kobieta pracuje w domu, karmiąc dzieci, siebie i męża i zajmując się domem. Dlatego, kiedy mąż przychodzi do domu z pracy, nie musi nic robić, dostaje jedzenie itd. Praca w polu tutaj jest mega ciężka, bo gorąco jak w piecu, narzędzia pewnie proste i pełno owadów.

Pan Tata był ciekawy informacji na temat Polski i Europy, rozmawialiśmy o różnicach i podobieństwach, a mama co chwilę dorzucała świeże tortille do koszyka. Tutaj tortille wsadza się w koszyk lub garnek i owija w materiałową serwetkę, żeby trzymały ciepło. Po śniadaniu posiedziałam z nimi jeszcze trochę, są bardzo sympatyczni, a ich działka jest czysta – to jest to, co wyróżnia niektóre domy od innych. Nie wszyscy mieszkańcy są brudaskami jeśli chodzi o śmieci. Niektórzy rodzice faktycznie uczą swoje pociechy, żeby śmieci wyrzucali do śmietnika. Z kolei inni się tym nie przejmują i działki wokół ich domów są pełne śmieci. Może przyzwyczaili się kiedyś do tego, że odpady po warzywach i owocach się rozkładają i mają nadzieję, że to samo stanie się z plastikowymi workami?

Po śniadaniu wróciłam do chatki i poszłam na Culto do ‘sabaticos’, gdzie mnie zaprosili dzień wcześniej i nie bardzo mogłam odmówić. Zaczęło się oczywiście od śpiewów, później pan prowadzący zebrał intencje od ludzi i rozdzielił mężczyzn i kobiety – ci pierwsi poszli gdzieś indziej na kazanie, a my zostałyśmy w kościółku. Przyszły jakieś dwie kobiety, które miały poprowadzić kazanie czy coś w tym stylu. Oczywiście były kolejne trzy pieśni i jedna z nich zabrała się za przemawianie – a przynudzała tak, że ledwo wytrzymałam. Co chwilę łapałam sympatyczne spojrzenia od moich dzieciaczków lub pań, które już znam i się do nich uśmiechałam – miałam więc co robić. Oni są tacy mili dla mnie tutaj. Pod koniec zgarnęłam kilkutygodniowego malucha na ręce i wyszliśmy na zewnątrz. Otoczyły mnie dziewczynki ze szkoły, dały zielone mango do posmakowania, a następnie wszyscy zostali zaproszeni z powrotem do środka na refresco, czyli napój orzeźwiający. Wypiliśmy po kubeczku zimnej coli i każdy rozszedł się w swoją stronę. Idąc przez boisko słyszałam za sobą wołania dzieci „What’s your name?” i tym podobne, odkrzyknęłam im więc, że bardzo dobrze!

Około dwunastej poszłam na obiad i dostałam… rybę! Tak, w dżungli też się je ryby, ale z rzek i jezior. Do tego ryż i tortille, pycha. Znów jadłam przy stole z panem tatą. Po obiedzie pogadaliśmy sobie, a później chłopaki (jest ich trzech) chcieli iść do lasu pozbierać zapote, taki słodki owoc. Poszłam więc z nimi, bo jeszcze nie miałam okazji wejść do tutejszej dżungli. Trochę z obawą spojrzałam na moje japonki i wyobraziłam sobie krwiożerczego węża kąsającego mnie w stopę, ale chłopaki też byli w klapkach, przestałam się więc przejmować. Znaleźliśmy kilka zapotes i pokazali mi te duże, czarne małpy, które się tak drą po nocach.

Wróciłam do mojej chatki i poszłam pod prysznic; najpierw musiałam z niego wygodnić trzy kury i koguta, którzy szukali tam ochłody i ulgi. Uprzejmie mi ustąpili.

Wczoraj po drodze do łazienki zobaczyłam kolibra! Pod wieczór poszłam na kolację i tym razem wzięłam ze sobą kartki żeby porysować. Zasiadłam z trzyletnią Yoilin, która wcześniej patrzała na mnie nieufnie, bo zaproponowałam jej warkocza i zabrałyśmy się za rysowanie motyli, księżniczek, małp i kurczaczków i po jakimś czasie się do mnie przekonała. Myślałam, że to będzie rozrywka tylko dla niej, ale ostatecznie jej trzy bracia stali obok i śledzili każdy mój ruch. Na kolację dostałam jajecznicę z pomidorem, frijoles i tortille, pyszne było. I później pani Valentina zrobiła jeszcze platana smażonego i sobie pojadaliśmy. Posiedziałam z nimi aż zrobiło się ciemno, fajna rodzinka, swobodnie się z nimi czułam i byli bardzo sympatyczni i otwarci.

Później jeszcze wpadła pani z naprzeciwka w odwiedziny i chciała trochę powtórzyć angielski, więc posiedziałam z nimi jakiś czas i w końcu poszłam spać około 21-ej. Noc miałam dosyć ciekawą, bo po pierwsze od dwóch nocy słyszałam furgotanie jakiegoś zwierzęcia w moim domku po zgaszeniu świateł, ale doszłam do wniosku, że to musi być jakiś ptak więc zasypiałam spokojnie. Ale tym razem, kiedy byłam w tej fazie zasypiania, kiedy pół-śnimy, śniło mi się, że podłączałam coś do prądu i w momencie, kiedy wsadzałam wtyczkę do kontaktu strasznie huknęło i rozległ się dźwięk strzelaniny.

Poderwałam się, wystraszona, ale to były po prostu owoce, które spadły z drzewa tuż nad moją chatką prosto na cienki, blaszany dach. Ale huknęło potężnie. Podobnie stało się o 4 rano, tylko że wtedy już byłam oswojona z tym faktem i mniej się przestraszyłam.

Dzień 7

Obudziłam się o 5 rano bez żadnego problemu po nocnych przebojach i pojechałam na rowerze z panem Bati na jego działkę nieopodal. Rower był mi za mały i miał mało powietrza, więc cierpiałam katusze, ale w duchu powtarzałam sobie „jak nie ty, to kto” i tym podobne, dla motywacji. Jechaliśmy około 25 minut i dojechaliśmy, pokazał mi opuszczone grobowce Majów, drzewo ramón i nasiona, widzieliśmy małpy i nawet tukana z daleka. Pokazał mi też ule z pszczołami, tymi które robią ten miód, który chcą sprzedawać. Wróciliśmy chwilę po siódmej i cała spocona i sapiąca poszłam na śniadanie do rodziny Kekczi, z którą wypadało mi się dzisiaj stołować.

Dzisiaj był dzień, w którym na trzy posiłki zjadłam dokładnie to samo. Zmielone frijoles z tortillami. W tym domu widocznie gotuje się jedną potrawę i je się ją trzy razy, bo było jeszcze mięso, a jako, że mięsa nie jem, zadowoliłam się fasolką. Cała rodzina rozmawiałam w kekczi przez cały czas, więc cichutko wpychałam w siebie tortille, maczając je w frijoles, żeby jakoś się najeść. Ale byli bardzo mili!

Jednym z moich przemyśleń jest to, że w sumie oni jedzą tutaj bardzo zdrowo. Prawie nikt nie ma lodówki w domu, przygotowują więc codziennie świeże jedzenie i zjadają wszystko, nnie przechowując resztek. To, co gotują, nie jest przetworzone – kukurydzę przygotowują sami, gotując ją, a później mieląc w takich młynkach (młynki są u 4-5 rodzin we wsi i trzeba tam iść i zmielić, żeby mieć masę na tortille). Gotują swoją fasolkę, ryż, mięso jest od zwierząt lokalnych – od kurczaków z podwórka, indyków i tak dalej. I tak, dzieci w szkole uwielbiają kupować w sklepie różne świństwa typu najgorsze cukierki i czipsy, ale to nie zdaje się wpływać na ich stan zdrowia. Używają dużo cukru, to fakt – do kawy i wszelkich napojów. Lubią robić napój do jedzenia, na przykład pomarańczowy, albo wrzucają zmielone orzeszki ziemne i lód, albo po prostu masę z kukurydzy z wodą. Ale zawsze cukier też jest. Może mają problemy z zębami, ale cerę i włosy mają piękne, szczególnie dzieci z rodzin Kekczi. Z zazdrością patrzałam na ich gładkie czoła i policzki oraz długie, grube, czarne włosy. Nie jedzą prawie w ogóle mąki, bo zamiast chleba mają swoje kukurydziane tortille. Tak więc jest tu trochę inaczej, niż bywa w innych krajach – na przykład w Stanach najtańsze jedzenie jest tym najgorszym, bo warzywa są drogie – biedne rodziny jedzą więc niezdrowości, mając problemy z wagą. W La Lucha nie ma gruubych ludzi – niektórzy mogą być trochę pulchniejsi, ale nie ma tragedii. Poza tym dzieciaki cokolwiek by nie zjadły na pewno to spalają podczas nieskończonych gier w piłkę w pełnym słońcu na boisku.

Potem poszłam się wykąpać i pospieszyłam na Culto do kościoła katolickiego, jedynego, do którego jeszcze nie dotarłam. Było w nim pełno ludzi Kekczi, mały zespół grający na różnych instrumentach, mały krzyż z Jezusem i duży krzyż zrobiony z liści palmy. Śpiewali w Kekczi, więc nic nie rozumiałam, ale i tak było fajnie, posiedziałam godzinkę i się zmyłam, bo w szkole było spotkanie na temat tych pszczół i miodu i chciałam posłuchać. Poszłam więc i obejrzeliśmy filmik o życiu pszczół, który był niezmiernie ciekawy. Naprawdę mam nadzieję, że im wypali to całe przedsięwzięcie i wesprze gospodarkę we wiosce.

Na 12 poszłam na obiad, tym razem siedziałam w kuchni z calutką ich rodziną, ale mówili wszyscy w Kekczi, więc znów cichutko zapchałam się tortillami, patrząc z podziwem na dwie dziewczynki z tradycyjnych strojach, lepiące tortille w tempie błyskawicznym. Po obiedzie poszłam zrobić pranie, bo wszystkie czyste ciuchy mi się pokończyły. Tradycyjne, w takim kamiennym zlewie z tarką, szczotką i mydłem, wyszorowałam moje ciuszki i nawet buty. Rozwiesiłam na słońcu i były suche w pół godziny, a w międzyczasie zajadałam się kokosem, który podarował mi wcześniej pewien chłopaczek z wioski, wraz z tutejszym miodem. Wypiłam więc wodę z koskosa, po czym rozłupałam go kamieniem i scyzorykiem zdrapałam miąższ ze ścianek i polałam tym miodem. Czułam się jak prawdziwy człowiek ze wsi, potrafiący przetrwać w trudnych warunkach. Byłam dumna z mojej zdrowej przekąski.

Przyszła mała Majda z sąsiedztwa i poszłyśmy kupić wodę do sklepu. Pan w sklepie zapytał mnie o wyznanie i chciał mnie namówić na przejście na wyznanie adwentystów. Nie lubię, kiedy ktoś tak robi, ale pohamowałam się, oni tutaj są bardzo religijni i lepiej nie wchodzić z nimi w dyskusje.

W każdym razie, później doszły jeszcze inne dziewczynki, poszliśmy pograć trochę w piłkę i po południu, około 5-tej poszłam na ostatnie frijoles z tortillami w tym dniu. Tym razem tata troche próbował ze mną pogadać, ale jego hiszpański był średni, więc jego córka nam trochę tłumaczyła. Po powrocie do chatki zabrałam się za pakowanie i szło mi dobrze, aż przyszło stadko dzieciaków i zaczęli ciekawie łapać i przyglądać się każdej rzeczy, którą miały w zasięgu wzroku. W końcu zaśpiewali mi chórem hymn Guatemali i przyszła znów mama z naprzeciwka, tym razem z zeszytem i wyjaśniłam jej jeszcze kilka rzeczy z angielskiego i zapisałam trochę słówek i wyrażeń po polsku, bo mnie poprosiła. O 7-ej przyszedł po mnie syn profesora i zaprosił mnie na ‘atole’, czyli takie ciepły napój z banana. Poszłam więc, posiedziałam godzinkę i jeszcze ich najstarsza córka miała problem z godzinami po angielsku, więc jej trochę pomogłam. Atole było pycha, do tego dali mi chleb z tym tutejszym miodem.

Potem poszłam jeszcze się pożegnać z Lucy szybciutko i wróciłam się pakować. Przyszedł Don Bati z Lituanią wymienić kontakty i się pożegnać. Później przyszedł jeszcze profesor Neri, bardzo miły, pożegnać się i porozmawiać chwilę. Potem przyszedł znów, podarować mi flet Majów i książkę – jest naprawdę miły. Ludzie tutaj okazali mi tyle dobroci, że nigdy ich nie zapomnę. Poza tym im ludzie biedniejsi, tym bardziej się dzielą – jedzeniem, piciem, czymkolwiek. Dostałam od dzieciaków bransoletkę z jakiegoś owoca typu jarzębina i kartkę z podziękowaniami, wszyscy zapewnili mnie, że jeśli kiedykolwiek wrócę, to będą na mnie tutaj czekać.

I tak dobiegł końca mój wolontariat w La Lucha. Doświadczenie niesamowite i jedyne w swoim rodzaju, które pozostawia bezcenne wspomnienia i ciepło w sercu. Cieszę się, że mogłam tego doświadczyć, poznać Gwatemalę od drzwi kuchennych, spróbować lokalnych przysmaków i zobaczyć, jak żyją.

Źródło:
https://magdameetsworld.wordpress.com/2016/04/29/o-wolontariacie-w-szkole-w-gwatemali/

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.