3…2…1… Start!

most

Ośmiogodzinna podróż z linią Norwegian przez ocean okazuje się całkiem znośna, mimo że to tania linia lotnicza. Jest i monitor, sporo filmów do wyboru, wystarczająco miejsca na nogi, a jeśli ktoś wykupił posiłek na pokładzie to może się i najeść i napić. Ja nie wykupiłam, bo mi szkoda pieniędzy (ponad 100 zł), kochana mamuśka zrobiła mi milion kanapek którymi raczyłam się po drodze. Bez problemu można wnieść na pokład samolotu jedzonko, a przy kontroli już u celu też nikt mi nie sprawdzał, co mam w torbie.

Specjalnie wykupiłam za to miejsce przy oknie z cichą nadzieją, że przy lądowaniu będzie widać Manhattan. Widać było, ale z bardzo daleka, więc bez szału : ) Po wylądowaniu trzeba było poczekać w długiej kolejce po pozwolenie na wjazd, sympatyczny pan zapytał mnie o cel mojej podróży, na ile czasu chcę wjechać do Stanów, z kim, „Alone?? No boyfriend, family?” ile mam środków na podróż, po czym dał pieczątkę i pozwolenie na pobyt do… sierpnia! Nie zwyczajowe 3 miesiące, więc ucieszyłam się niezmiernie i po tym jak życzył mi powodzenia odeszłam z wielkim bananem na twarzy (zaraz musiałam się wrócić, bo okazało się, że nie wzięłam od niego mojego paszportu).

Poszukałam AirTrain, który dowiózł mnie na Jamaica Station, skąd miałam wziąć jedną z dwóch lini – J lub Z (zastanawiam się, czy pseudonim Jay-Z nie wziął się przypadkiem od tego, w końcu on z Brooklynu jest), żeby dojechać do mojej stacji. Podróż z lotniska kosztowała łącznie 7.50$, nie jest tak źle. Dotarłam do hostelu, w którym będę pracować w zamian za zakwaterowanie przez najbliższy miesiąc i powitał mnie tam Sharif, który razem z Russelem prowadzą 3 takie domy wynajmujące pokoje na Brooklynie. Dom ma 3 piętra i piwnicę. Sharif pogadał ze mną chwilę i umówiliśmy się na następny dzień, żeby mi wszystko wytłumaczył.

Dzisiaj, mimo że mogłam spać do 12, obudziłam się o 8:40, bo byłam głodna i podekscytowana. Wstałam więc i ruszyłam do najbliższego Grocery Store, czyli po prostu sklepu po coś do jedzenia. Sharif powiedział mi, że nasza dzielnica jest hiszpańska, więc nie zdziwiłam się, że w sklepie usłyszałam mój ukochany język. Wydałam moje pierwsze dolary i wróciłam do „domu” oblodzonym chodnikiem pełnym worków na śmieci (teoretycznie w piątki służby porządkowe zabierają te śmieci, ale przez śnieg podobno wszystko działa gorzej).

W południe przyszedł Sharif i ostrzegł mnie, że dzisiaj ja nie będę nic robić, posprząta on a ja mam się tylko przyglądać. Pokazywał mi więc kolejno, co trzeba robić i jak, a że bardzo lubi rozmawiać, sprzątanie zajmowało mu strasznie dużo czasu, więc przy drugim piętrze przekonałam go, że mu pomogę i razem skończymy szybciej. Dowiedziałam się, że ten dom wynajmują od bogatego Żyda od maja zeszłego roku, latem mają full ludzi, Sharif urodził się w Ubekistanie, wychował w Rosji i jest w Stanach od trzech lat; uczę się więc przeklinać po rosyjsku – akurat dzisiaj była do tego dobra okazja.

Czekaliśmy na gościa, który miał przyjechać około 15, a potem mieliśmy pojechać po kartę SIM dla mnie i do polskiego sklepu, bo Sharif jest fanem naszej kuchni. Ten cały gość się trochę spóźnił, a po przyjeździe na miejsce zaczął strasznie wydziwiać, że mu się nie podoba, że chce gdzie indziej…jakiś Mohammed z Arabii Saudyjskiej. Łamanym angielskim coś tam narzekał, tłumaczył, szukał w telefonie, w końcu stwierdził, że znalazł inny hotel na Manhattanie i tam chce pojechać, ale nieogarnięty był totalnie, chociaż dorosły facet, więc Sharif powiedział mu, że go podwiezie na najbliższą stację metra i niech sobie jedzie. A on znów kręci nosem, wsiadamy do auta, Mohammed (czy jak mu tam było) szuka, czeka, w końcu wybąkuje, że chce jeszcze inny hotel, bo ten jest za daleko i on nie trafi. Sharif widać było, że był już mocno poddenerwowany niezdecydowanym i dziwacznym gościem, w końcu mówi mu, że go zawiezie na ten głupi Manhattan. Przez kolejne 10 minut Mohammed siedział cicho, Sharif tłumaczy mu, zdenerwowany, czemu nie lubi jeździć na Manhattan, bo zazwyczaj jeździ tylko po Brooklynie, że nie rozumie czemu on nie chciał zostać w jego hostelu, przeklinając po rosyjsku na pieszych i innych kierowców. Ja siedzę z tyłu, cichutko, i chociaż rozumiem jego zdenerwowanie, bo gość jest zupełnie z innej planety i wydziwia i ja w życiu bym go nie zawiozła do innego hotelu tylko zostawiła na metrze, w środku cała podskakuję z radości, bo zobaczę Manhattan trochę bardziej z bliska i to z samochodu. Po chwili chłopaki już sobie podają rękę i zaczynają wypytywać o rodzinę, życie i wszystkie inne pierdoły, więc topór wojenny zakopany. Przejeżdżamy przez Manhattan Bridge, więc siedzę z nosem wlepionym w szybę, Mohammed też się całkiem ekscytuje i każe mi robić mu fotki, bo to jego marzenie było zobaczyć ten most. Dojeżdżamy pod adres tego jego hotelu i okazuje się, że to w China Town! Sharif wysadza go z ulgą, że w końcu się go pozbywamy i idzie nakupować pełno chińskich chipsów o smaku krewetek korzystając z okazji. W drodze powrotnej opowiada mi o dziewczynie, którą poznał przez aplikację Tinder. Polega na tym, że osoby mające profil mogą przeglądać profile innych i te, które im się spodobają, przesuwają na ekranie w prawo. Jeśli druga osoba zrobi to samo z ich profilem, pokazuje się to obojgu jako dopasowanie i mogą rozpocząć rozmowę. Z tego co wiem Tinder jest megapopularny tutaj.

Kupiłam kartę SIM (co jest bardzo drogie w porównaniu z Malagą na przykład) i pojechaliśmy do polskiego sklepu wyposażonego lepiej niż jakakolwiek Żabka, w którym można kupić bigos, świeże dania typu pieorgi, pyzy, zupy; szynki, kiełbasy, sery, słodycze i chyba wszystko inne, co polskie i jadalne. I tym sposobem moim pierwszym obiadem w Stanach Zjednoczonych była polska zupa jarzynowa i sałatka warzywna.

Sam dom jest fajny, bardzo ciepły, ale standard no umówmy się nie jest wysoki. Ale cena za nocleg też jest odpowiednio niska jak na Nowy Jork podobno. Mi tam nie przeszkodzi nic, mieszkałam już w tylu miejscach, że gdzie mi dadzą łóżko, tam będzie mi dobrze. Trudno mi uwierzyć, że jestem na innym kontynencie, a tym bardziej w Nowym Jorku, gdzie każda ulica wygląda jak z filmu lub serialu, widziałam tych prawdziwych rabinów przechadzających się w dzielnicy żydowskiej, żółte taksówki, China Town. Jutro na pewno wybiorę się na trochę lepsze zwiedzanie niż dzisiaj, a póki co słuchając muzyczki z radyjka, które dał mi mój ukochany braciszek Jacuś pójdę spać, żeby odespać dobrze lot i pierwszy dzień mojej podróży w świat. Następnym razem napiszę trochę o tym, jak wybrałam się w roczną podróż tylko z bagażem podręcznym i o moim wiernym 23-letnim kompanie, który pojechał ze mną upchnięty w plecaku : )

Wiecej na Magdy blogu:
www.magdameetsworld.wordpress.com/2015/02/08/3-2-1-start

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.