O 96h w środkach transportu, czyli z Gwatemali do Seattle.

SAMOLOT

Podróżowanie w pojedynkę publicznymi autobusami z rodowitymi mieszkańcami różnych krajów jako biała dziewczyna z blond włosami jest jednym z najtrudniejszych i uciążliwszych doświadczeń, które dają mi najwięcej satysfakcji, radości i spełnienia. I mówię, a raczej piszę to z perspektywy pięciodniowej przeprawy przez sześć krajów piętnastoma różnymi autobusami, w których spędziłam łącznie około 34 godzin. 34 godziny w samych autobusach. 8 w samolotach. Czyli łącznie w podróży byłam 96 godzin, z czego 43% czasu spędziłam w środkach transportu. Nadmienię tylko, że na to wszystko nałożył się mój okres, który na szczęście oszczędził mi bólów menstruacyjnych i innych tragedii, niemniej jednak – był.

Wyruszyłam z Rio Dulce w Gwatemalio 10 rano w niedzielę, po niesamowitej imprezie pożegnalnej w Sundogu, (barze, w którym pracowałam przez ostatnie prawie dwa tygodnie jako barmanka w zamian za jedzenie i picie) więc z lekkim kacem. Rzucając ostatnie spojrzenie na widok z mostu, poleciały mi łzy. Takie życie. Pierwszy autobus, Fuente del Norte, zabrał mnie do San Salwador, stolicy kraju Salwador w 7 godzin. Jazda była całkiem w porządku, chociaż kierowca był absolutnie szalony. Wyprzedzał, rzucało nami jak workami ziemniaków na zakrętach i kilka razy przy hamowaniu wyrżnęłam głową w siedzenie przede mną i wracając na swoje miejsce prawie usiadłam na pierogi z serem, które sobie kupiłam i nierozważnie zostawiłam na siedzeniu. Ale dojechaliśmy w całości i nawet udało mi się zasnąć na tyle głęboko, że pan na stacji końcowej musiał mnie obudzić.

W San Salwador wysiadłam prosto w dziki, tropikalny deszcz i burzę. Założyłam ‘wodoodporne’ pokrowce na plecaki i kurtkę na siebie i ruszyłam innym autobusem, miejskim, do centrum handlowego, z którego miała mnie odebrać Karla, u której miałam spędzić noc. Z autobusu do centrum musiałam przejść zaledwie kilkadziesiąt metrów, ale doszłam zupełnie przemoknięta, tak lało. Poszłam do kawiarni, żeby poczekać na Karlę i kupiłam sobie prawdziwą kawę za 2 dolary, która smakowała jak niebo. Jak ambrozja. Jak złoto. Nie piłam dobrej kawy od jakichś trzech miesięcy. Dlaczego? Przecież Ameryka Centralna słynie z kawy najlepszej jakości! Okazuje się jednak, że tą najlepszą kawę eksportują, a mieszkańcom zostawiają tę najgorszej jakości. Piłam więc rozpuszczalną w Gwatemali lub jakąś inną pospolitą i zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak brakowało mi porządnej kawy.

Po kilkunastu minutach przyjechała Karla wraz ze swoją mamą i pojechałyśmy do ich domu, po drodze kupując pupusas, czyli tradycyjne danie. Są to takie okrągłe placki robione z masy kukurydzianej, a w środku mają zazwyczaj ser, fasolkę lub inne cudo i robione są na takim specjalnym grillu. Zasiadłyśmy do kolacji i zajadałyśmy się pupusami, które były przepyszne. Gawędziłyśmy dosyć długo, ale już o 21 byłam w łóżku (a raczej na kanapie) i gotowa do spania. Okazało się, że jestem pierwszą Couchsurferką Karli. A ona moją pierwszą host płci żeńskiej.

Wstałyśmy o piątej rano i Karla pokazała mi, skąd mam złapać autobus na stację autobusową. Z przesiadką, ale dotarłam. I przyznam się wszystkim czytającym, pomyliłam się z autobusami i wsiadłam do złego. Chciałam pojechać do granicy z Hondurasem, ale lekkomyślnie wsiadłam do tego, który jechał po prostu do „La frontera”, to znaczy „granica”. I nie wiem, co sobie myślałam, że Salwador ma tylko jedno przejście graniczne? Może byłam zmęczona. W każdym razie wsiadłam, zasiadłam przy oknie i dopiero półtorej godziny później, rozmawiając z panem, który siedział obok, i z którym podzieliłam się truskawkami oświecił mnie i okazało się, że jadę na północ zamiast na południe (czy coś w tym stylu, w każdym razie w złą stronę). Nie było innej opcji – musiałam wysiąść i wrócić się do San Salwadoru. Ależ byłam zła na siebie. Straciłam prawie 3 godziny mojego cennego czasu, bo nie chciałam dotrzeć do Nikaragui po ciemku.

Wróciłam na stację i tym razem wsiadłam do prawidłowego autobusu do prawidłowego przejścia granicznego. Wysiedziałam 4 godziny, wysiadłam i innym podjechałam do granicy. Na piechotę przeszłam przez kontrole graniczne, wchodząc do Hondurasu. Mikrobus, który jechał prosto do Nikaragui, kosztował 10$ i miał tam być w dwie godziny. Inna pasażerka również jechała do León, powiedziała mi więc, że ostatni bezpośredni busik jest o 18. Była 15, czasu było więc pod dostatkiem.

Dojechaliśmy do granicy o 17:36. Biegiem udałam się do wyjścia z Hondurasu, mili panowie z Panamy ustąpili mi miejsca w kolejce, po tym, jak poprosiłam ich o to z paniką w głosie. Pobiegłam (na tyle, na ile można z dwoma plecakami) przez most do wejścia do Nikaragui, a po drodze jeszcze chłopaczek zatrzymał mnie, żeby sprawdzić mój paszport.

– Magdalena… z Polski… hm hm hm (przeglądał mój paszport kontemplując informacje) nie boisz się podróżować sama?

– Będę się bała, jak utknę tu na noc – odpowiedziałam ze zniecierpliwieniem, bo powiedziałam mu, że mam autobus za 10 minut.

Dobiegłam do biura imigracyjnego Nikaragui, gdzie pan poinformował mnie o opłacie 12$ za wjazd i zabrał mój paszport, by dokonać pieczątek i innych cudów. Powiedziałam mu 3 razy, że za 8 minut odjeżdża mój autobus i żeby się pospieszyli. Spokojnie, odpowiedzieli, a ja dostawałam białej gorączki patrząc przez okienko na ich powolne ruchy i kontemplacje. W tym momencie nienawidziłam ich całym sercem i przeklinałam soczyście pod nosem po polsku (kilka godzin później im wybaczyłam). Oddali mi paszport i z paniką potruchtałam do autobusów, po drodze jeszcze jedna pani kontrolująca chciała sprawdzić mój paszport. Chciałam ich wszystkich wrzucić do rzeki.

Dobiegłam do stacji autobusów o 18:06 i tak, mój bezpośredni busik właśnie odjechał. Dupa! Byłam wściekła. W dodatku nie wymieniłam pieniędzy, miałam więc dwudziestodolarowy banknot i zero lokalnej waluty. Był inny busik do miasta o nazwie Chinandega, w którym mogłam się przesiąść, by dojechać do León. Ale już robiło się ciemno, a moja zasada to nie jeździć po ciemku!

Nie miałam jednak wyjścia. Wsiadłam, zrezygnowana i ruszyliśmy do Chinandegi. Dojechaliśmy tam w około półtorej godziny i na stacji benzynowej miałam zapłacić. Okazało się, że mogę wymienić dolary kupując coś w sklepie, tak więc zrobiłam. Pan z busika chciał skasować mnie podwójną cenę za to, że jestem z zagranicy. Nauczyłam się jednak zawsze pytać innych pasażerów, ile kosztuje bilet, bo od Gwatemali próbują brać ode mnie więcej (jak i od wszystkich innych turystów). Nie dałam mu się i zapłaciłam tyle, ile inni i udałam się w poszukiwaniu busika do León. Wcisnęłam się gdzieś tam i ruszyliśmy. Na szczęście ta podróż trwała tylko 45 minut i chociaż było już ciemno, czułam się bezpiecznie bo busik był pełny.

Dojechawszy do León wzięłam taksówkę (za marnego dolara) do hostelu, który wyszukałam wcześniej w Internecie. Dziewczyna w recepcji dała mi łóżko za 5$ w zupełnie pustym pokoju dzielonym, bo chyba zauważyła moje wyczerpanie i się zlitowała (w innym pokoju były tylko górne piętrówki). Wykąpałam się i poszłam spać na około 6 godzin, śpiąc snem sprawiedliwego.

Budzik zadzwonił o 4:30 rano i z bólem powstałam, zebrałam się i ruszyłam na stację autobusową. Na szczęście po drodze zgarnęła mnie taksówka. Wsiadłam do busika do stolicy Nikaragui, Managua, i dojechaliśmy tam w niecałe dwie godziny. Transportem miejskim musiałam udać się do targowiska Huembe, skąd odjeżdżały autobusy do granicy. Ten publiczny autobus był zapakowany jak puszka sardynek, a pewien pan, który na pewno był gangsterem postanowił puszczać muzykę ze swojego telefonu, kładąc go na ramieniu – zaakceptowano to w milczeniu i tak jechaliśmy, słuchając 2pac’a i innych gangsterskich brzmień. Pasażerowie byli bardzo mili – powiedzieli mi, gdzie mam wysiąść i jak dojść do autobusów.

Wysiadłam i poszłam, i były autobusy – te stare, szkolne, amerykańskie. Powiedzieli mi, który jedzie do granicy i wsiadłam. Siedziałam obok miłej pani, ona przy oknie, a ja od korytarza i ruszyliśmy.

Zapomniałam wspomnieć, że w autobusach publicznych w Ameryce Centralnej (przynajmniej w Salwadorze, Hondurasie i Nikaragui) nie tylko możesz kupić wszystko, nie wysiadając z autobusu, ale również jesteś wystawiony/a na wysłuchiwanie kazań na temat zdrowia i zalet sprzedawanych witamin. Lubię to, że wsiadają uliczny sprzedawcy i chcą sprzedać pasażerom napoje, jedzenie, obiad, przekąski, ładowarki do telefonów, owoce i inne cuda. Ale absolutnie nie lubię tych ludzi, którzy niczym ksiądz stają na środku i zaczynają nadawać o zdrowiu i chcą sprzedać jakieś tabletki za dolara. Na szczęście miałam mój odtwarzacz mp3 i mogłam ich zagłuszyć.

W każdym razie, ta podróż była ciężka. Autobus się zapchał mnóstwem ludzi, ustapiłam miejsca jakiejś kobietce, bo szczerze mówiąc, miałam dosyć siedzenia. Obok mnie stało dwóch małych chłopców, a każdy miał swoją maczetę i twarz dużo starszą, niż powinna być. Widać, że ciężko pracują, pomagając swoim rodzicom. Okazało się oczywiście, że ten autobus nie dojeżdża do samej granicy. No cóż, już się do tego przyzwyczaiłam – zapewniają cię, że dojedzie do samiutkiej granicy bez przesiadek, ale zawsze ta przesiadka jest. Przesiedliśmy się do innego busa, równie zapchanego i stałam w przejściu będąc jedną z sardynek. Kobieta z jedzeniem wsiadła i raźnie przeciskała się przez nas sprawiając, że prawie kładliśmy się na tych, którzy siedzieli. Ale ruszyliśmy i po 40 minutach byliśmy na granicy.

Wysiadłam i udałam się do biura imigracyjnego, by wymeldować się z Nikaragui. Z tym nie było problemu i kupiłam bilet na autobus Nicabus do San Jose, bo dziewczyna zapewniła mnie, że ma klimatyzację, wi-fi i dojadę prosto na lotnisko. Stwierdziłam, że absolutnie nie chcę już kombinować i kupiłam bilet na mój ostatni autobus podczas tej podróży. Miał odjechać o 12:30, ale oczywiście opóźnił się o godzinę. Czekając w gorącu, słońcu i hałasie, byłam na wyczerpaniu. Poznałam jakichś innych ludków i gawędziliśmy sobie, ale tak naprawdę nie chciało mi się nawet rozmawiać. Kupiłam sobie jedzenie na drogę i jeszcze jakąś pamiątkę.

Kiedy już prawie wsiadaliśmy, staliśmy wszyscy przed wejściem do autobusu z obietnicą klimatyzacji w środku, ale nie chcieli otworzyć drzwi. W tym momencie czułam się jak w filmach, kiedy pokazują zbliżenia kadrów rzeczy, które doprowadzają człowieka do szaleństwa. Moje kadry byłyby następujące:

– zbliżenie na słońce i żar, lejący się z nieba
– na płaczące dziecko obok
– na sprzedawcę jakiegoś „Quesillo” dwa metry dalej, który co 10 sekund tym samym tonem krzyczał „quesillo, quesillo!”
– na pracowników firmy autobusowej, kręcacych się bez celu i nie dających nam wsiąść
– na długą kolejkę pasażerów z cierpieniem na twarzy
– na mięso na grillu zaraz za mną i unoszący się stamtąd dym, lecący prosto na mnie
– na pot na moim czole i ból głowy (gdyby się dało)

W końcu nas wpuścili. Po 3 minutach jazdy musieliśmy wysiąść, by zameldować się do Kostaryki. Kolejna kolejka, papierek do wypełnienia, kontrola bagażu, ale poszło całkiem sprawnie. Byliśmy w autobusie z klimą, wifi, filmem i miałam dwa siedzenia dla siebie. Luksus.

Podróż przebiegła całkiem znośnie, z krajobrazami Kostaryki pokrytej deszczem za oknem. Dojechaliśmy do Alajueli, miasta z lotniskiem SJC i stamtąd odebrał mnie Ricardo, kolega kolegi, który zgodził się przygarnąć mnie na noc, ponieważ nazajutrz miałam lot do Stanów.

Ricardo był bardzo miłym facetem, oglądaliśmy mecz siedząc na fotelach i gawędząc. Około 21 miał jakiś swój własny mecz i nawet mnie zaprosił, ale przyznałam mu się, że bardzo bym chciała dołączyć, ale prawdopodobieństwo, że zasnę siedząc gdzieś na ławce jest zbyt duże. Śmiejąc się powiedział, że nie mam się co martwić i mogę spokojnie iść spać na kanapie czy pooglądać sobie telewizję. Jego mama zrobiła mi jedzenie, ryż z platanami smażonymi, fasolką, makaronem i filet z kurczaka. I tak, zjadłam tego kurczaka. Prawdą jest, że miałam ochotę na kurczaka od około dwóch tygodni i stwierdziłam, że jeśli mój organizm mnie o to prosi, to mu to dam. Bo ogólnie to nie jem mięsa już od dwóch lat.

W każdym razie zjadłam i padłam. Zasnęłam w dwie sekundy, przykryta cieplutkim kocem i spałam jak zabita do samego rana. W końcu poczułam się w miarę wypoczęta. Pojechałam z mamą Ricardo, Loreną, po zakupy do miasta i mogłam chociaż troszeczkę poprzebywać wśród kostareńczyków. Wróciłyśmy do domu miejskim autobusem i resztę dnia spędziłam u niej w domu (Ricardo mieszka u góry, a ona z córką na dole), patrząc, jak czyści rybę na obiad i rozmawiając.

Około pierwszej Ricardo przyjechał na obiad i zjedliśmy tę rybę, którą on weekend wcześniej złowił w Pacyfiku, bo takie jego hobby. Pożegnałam się z Loreną i zawiózł mnie na lotnisko; pożegnałam się z nim z poczuciem, że mam nowych znajomych w Kostaryce, a oni oboje zapewnili mnie, że mogę wrócić, kiedy tylko chcę.

Żeby wylecieć z Kostaryki trzeba zapłacić 29$ podatku (auć!), ale cała reszta przebiegła bardzo przyjemnie, mój plecak został zaakceptowany jako bagaż podręczny bez żadnego problemu i dostałam siedzenie przy oknie na oba loty (wcześniej nie rezerwowałam, bo dodatkowo płatne). Martwiłam się też, czy pozwolą mi wejść z jedzeniem – Lorena zapakowała mi do pojemniczka ryż z fasolką, jajecznicą i serem na drogę – nie miałam żadnych problemów. Sam lot dłużył mi się niezwykle, równe 6 godzin do Los Angeles.

W LA musiałam przejść przez kontrolę imigracyjną i ten pan, na którego trafiłam wypytał mnie najbardziej szczegółowo, jak dotychczas. Skąd, dokąd, na ile, a po co, a ile mam pieniędzy, co mi się stało na czole (trądzik!), dokąd chcę pojechać, itd. Ostatecznie dał mi pieczątkę i patrząc na mnie poważnie powiedział „Wiesz, że zawsze możesz zacząć od początku. Nie musisz tak podróżować, twoi rodzice pewnie się o ciebie martwią. Rodzina jest ważna.” i odpowiedziałam mu, że pewnie niedługo polecę do domu, zdziwiona tym stwierdzeniem, bo odniósł chyba wrażenie, że od czegoś uciekam. Oddał mi paszport i poszłam dalej, ale ten moment był tak dziwny i chociaż wiem, że jego wrażenie było błędne, i tak się wzruszyłam bo zabrzmiał jak Joe, który trzy miesiące wcześniej w Seattle powiedział mi, że nieważne jak dobrze wydaje mi się, że ma się moja rodzina beze mnie, zawsze im mnie brakuje i wtedy też się prawie rozpłakałam. Bo wiem, że tak jest.

W każdym razie poszłam dalej i wyszło ze mnie całe moje zmęczenie, doczłapałam się do mojego terminalu na lot do Seattle, przeszłam przez kontrole i poszłam spać. Położyłam się na ziemi z moim śpiworem i przerywanym, płytkim snem dotrwałam do 4 rano, ale to był kiepski sen. O szóstej wylecieliśmy z LA i znów siedziałam przy oknie i miałam fajne widoki, wyhaczyłam Morro Rock, czyli tam, gdzie byłam z Kelly w listopadzie i u Terry w San Luis Obispo; zaraz przez lądowaniem pstryknęłam fotkę półwyspu, na którym mieszka Leeann w Olympii. Czyli dwie siostry, nad którymi przeleciałam tego dnia.

Dolecieliśmy, przejście do pociągu do centrum zdawało się nie mieć końca, ale wiedziałam, że teraz to już ostatnia prosta. Wsiadłam do tramwaju i w 45 minut dojechałam do stacji Uniwersytet, przesiadłam się na OSTATNI AUTOBUS W TEJ PODRÓŻY i dojechałam do domu moich znajomych, gdzie mam rower i mogę się zatrzymać.

Po wyjściu z lotniska na dwór było mi zimno – tu jest pewnie ze 20 stopni, więc dużo chłodniej niż w Gwatemali. Poza tym miałam bardzo mieszane uczucia. Nie wiedziałam, czy się cieszę, że tu przyleciałam czy… gdy podchodziliśmy do lądowania wyobraziłam sobie, że ląduję w Gdańsku i na lotnisku czekają na mnie rodzice z Jacusiem i pojedziemy do domu, gdzie zjem kanapkę z żółtym serem i świeżym ogórkiem, posiedzimy na tarasie w letnim słońcu, poprzytulam się do nich i kimnę się w moim łóżku. I to była bardzo fajna wizja i w tamtym momencie, gdyby podstawili mi samolot do Gdańska, to bym wsiadła – mimo nienawiści do wszelkich środków transportu, oczywiście tymczasowej.

Ale sekret tkwi w tym, że w Seattle teraz pachnie zupełnie jak w Polsce o tej porze roku. Świeżo skoszoną trawą, obietnicą lata, słońcem. I to pomoże mi przetrwać, aż do czasu, gdy polecę do domu.

I wiem, że ta cała podróż mogłaby przebiec zupełnie inaczej, mogłam przebukować lot, płacąc więcej, lub kupić bilet na bezpośredni autobus z Gwatemali do Kostaryki i cena byłaby pewnie niewiele wyższa od mojego całkowitego kosztu – ale nie żałowałam. Gdybym wsiadła w bezpośredni autobus, przemknęlibyśmy przez Salwador i Nikaraguę i nie poznałabym Karli, nie zjadła tradycyjnych pupusas, nie zobaczyłabym tych wszystkich ludzi w autobusach i na ulicach stolicy Nikaragui, nie wysłuchała kazań na temat zdrowia, nie posmakowała lokalnych przekąsek, które nam sprzedawali. Nie poznałabym Ricardo i jego mamy. Nie miałabym okazji wysłuchać Karli, gdy stwierdziła, że główna różnica między ludźmi z Centralnej i Południowej Ameryki a tymi z Europy i USA jest taka, że my na pierwszym miejscu stawiamy rzeczy, a oni ludzi. Jako przykład przytoczyła to, jak ktoś nakazuje ściągnięcie butów przed wejściem do jego domu – „ja nigdy bym tego nie zrobiła, dla mnie najważniejsze jest, żeby mój gość czuł się swobodnie i jak w domu”, powiedziała. I zauważyłam tę różnicę, grzebiąc w pamięci i doświadczeniach.

Poza tym każda taka kolejna przeprawa utwierdza mnie w przekonaniu, że mogę. Mogę, jeśli chcę i dam radę, a pod koniec dnia okazuje się, że jestem w stanie wytrzymać dużo więcej, niż mi się wydaje. I inne rzeczy wydają się dużo mniej istotne, a inne bardziej, ale zmienia to moją perspektywę. Poza tym 34 godziny spędzone w autobusie plus 8 w samolocie dają mi cały czas na świecie na przemyślenie i przeanalizowanie całego mojego życia, co czasem może być męczące, ale pozostawia mnie dużo spokojniejszą i gotową na kolejny etap mojej podróży.

Źródło:
https://magdameetsworld.wordpress.com/2016/06/17/o-96h-w-srodkach-transportu-czyli-z-gwatemali-do-seattle/

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.