O deszczowym, ale cudownym Seattle

DCIM102GOPRO

Mojego hosta akurat nie było, ale był inny couchsurfer, Johnny z Nowego Jorku, który podzielił się ze mną jedzeniem – byłam okropnie głodna. Poznałam też Sheilę, która mieszka w tym domu, a mój host Aaron przyjechał dopiero dwie godziny później. Okazało się, że ma plantację marihuany na północy Waszyngtonu (trawka jest tu legalna od około 2-óch lat). Dojechała jeszcze trzecia Couchsurferka, dziewczyna z Los Angeles, która następnego dnia leciała na rok do Chin. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, było bardzo fajnie, Johnny sobie grał na gitarze i śpiewał.

Następnego dnia wstałam rano i wraz z dziewczyną z LA pojechałyśmy odkrywać Seattle. Byłam zmęczona i niewyspana, ale Pike Place Market zachwycił mnie do tego stopnia, że szczerzyłam zęby do każdej mijanej osoby. Jest to duży rynek, z mnóstwem sklepików i stoisk z jedzeniem, akcesoriami, kosmetykami, itd. Seattle kładzie duży nacisk na organiczne i lokalne jedzenie i wyroby, co można zauważyć w Pike na przykład, ale też dzięki popularności supermarketu o nazwie PCC, w którym można znaleźć organiczne i lokalne produkty w naprawdę niskich cenach. Pierwszą rzecz, jaką zrobiłyśmy po dotarciu na miejsce była wizyta w pierwszym, oryginalnym Starbucksie. Nigdy nie byłam jakąś wielką fanką Starbucks’a, ale na studiach analizowaliśmy ich strategię i historię, a poza tym pisałam o nich też w mojej pracy magisterskiej, więc stwierdziłam, że muszę pójść i spróbować. Ten pierwszy został założony 30 marca 1971. Dziesięć lat później do sklepu wszedł Howard Schultz, który zachwycony kawą dołączył do zespołu Starbucks, w późniejszym czasie wyjechał do Włoch, gdzie zainspirowany unikalną kulturą picia kawy i spędzania czasu w towarzystwie sąsiadów i przyjaciół, obmyślił nową strategię dla firmy.

Chciał, by każdy Starbucks był miejscem spotkań, by istniał w każdej dzielnicy i pozwalał na towarzyskie spotkania. Widocznie podziałało, obecnie firma jest potężna, a mnie fascynowały bardziej jej strategie marketingowe, niż sama kawa – no ale jak jestem w Seattle, to trzeba spróbować.

Z kubkiem kawy w dłoni ruszyłyśmy odkrywać pozostałe części Pike Place Market. Najbardziej podobało mi się stoisko z rybami, gdzie pracowało chyba z pięciu chłopaków, jeden przystojniejszy od drugiego, co chwilę urządzali małe show, rzucając do siebie wielkimi rybami i wzbudzając zachwyt przechodniów. Jak zahipnotyzowana patrzyłam, jak jeden z nich czyści i kroi rybę (kilka tygodni wcześniej mój dziadek nauczył mnie, jak to robić, ale na małej rybce – ta była ogromna).

Okazuje się, że kryje się w tym więcej niż tylko sympatyczni faceci z rybami. Zachęcam do poczytania o Fish Philosophy, podejściu w zarządzaniu organizacją, obmyślonej przez Johna Christensena, który zainspirowany został właśnie stoiskami z rybami w Pike Place Market. Założył on, że wprowadzenie czterech konceptów do zachowania pracowników – wybór podejścia, zabawa w pracy, uczynienie czyjegoś dnia przyjemniejszym, bycie obecnym – wpływają pozytywnie na otoczenie w pracy.

Dostałyśmy próbki wędzonego łososia z Alaski, który był przepyszny i ruszyłyśmy dalej.

Pogoda była typowo jesienna, ale ogólnie deszcz/mżawka są znakiem rozpoznawczym Seattle, gdzie pada przez cały rok. Podobno chodzić z parasolką to obciach – bo skoro cały czas pada, to co zrobisz? Na szczęście nie było zimno, więc kaptur ratował sytuację, pojechałyśmy zobaczyć Space Needle, wieżę, która jest znakiem rozpoznawczym Seattle. Obok niej znajduje się muzeum muzyki, w futurystycznym, oryginalnym budynku. Niestety wszystkie muzea, która były w okolicy były bardzo drogie – około 20$ za wejście, niestety nie mój budżet.

Moja koleżanka z LA pojechała na lotnisko, a ja pochodziłam jeszcze trochę po mieście i ruszyłam w drogę powrotną do domu. Niestety wsiadłam w zły autobus i ogółem podróż zajęła mi prawie dwie godziny, ale w końcu dotarłam, zasiadłam przy stole z lampką wina i po chwili pojawił się nowy człowiek, który nie był Couchsurferem.

Tak poznałam Andy’ego, chłopaka z San Diego, który przyjechał do Seattle, by rozkręcić swój biznes, czyli aplikację Gig Town, pozwalającą na dostęp do koncertów lokalnych muzyków. Wieczorem przyszli znajomi Sheili, współlokatorki Aarona i gotowaliśmy wspólnie kolację dla wszystkich. Było przy tym mnóstwo śmiechu, bo jej przyjaciele okazali się świetnymi ludźmi. Miło mi jest za każdym razem, kiedy ludzie, słysząc, że jestem z Polski, dopytują się, jak tam jest, co warto zobaczyć i zjeść. Staram się reklamować Polskę jak najlepiej i myślę, że udało mi się już namówić większość spotkanych osób, że warto tam pojechać.

Imprezka skończyła się jedzeniem kolacji o 11 wieczorem i śpiewami z gitarą i ukulele. Następnego dnia rano pojechałam na kawę z Aaronem i Andym, Aaron właśnie kupił pickupa, starego Forda z 1965 roku, i to był pierwszy raz, kiedy nim jechał. Szkoda, że nie miałam mojej GoPro przy sobie, bo widok Aarona, który cieszył się jak mały chłopiec zmieniając biegi i przyspieszając, był bezcenny. Myślał, że wskaźnik paliwa nie działa, zajechaliśmy więc na stację, żeby na wszelki wypadek zatankować. Zatankował, wsiadł, odpalił auto i wykrzyknął „a niech mnie, jednak wskaźnik paliwa działa!” i był taki pełny entuzjazmu, że się uśmiałam. Auta wydobywają z facetów ukrytych w nich małych chłopców.

Pojeździliśmy fordem, Aaron zabrał mnie do palarni kawy Starbucks’a i pokazał trochę dzielnicy Capitol Hill. Później wróciliśmy do domu, a on pojechał na swoją plantację na 3 dni. Miałam za zadanie opiekować się Andy’m, więc wieczorem wybraliśmy się na odkrywanie barów z muzyką na żywo. Pojechaliśmy Uberem, a kierowca był z Chicago, pochodzenia polskiego, więc czas nam minął bardzo miło, chociaż musieliśmy stać w korku około pół godziny.

W piątek przejechałam się na rowerze dookoła jeziora Greenlake, pięknie tam jest. W sobotę szykowaliśmy się na imprezę Hallowenową i dwa koncerty w domu. Było super, uwielbiam klimat Halloween, kiedy każdy przebrany jest za kogoś innego, i niekoniecznie są to zombie czy duchy. Impreza potrwała do późnej nocy, kończąc się znów graniem na gitarze i śpiewami. Niedziela minęła leniwie i na ogólnym kacu, a wieczorem lepiłam pierogi i Tarmen, przyjaciółka Sheili zaserwowała nam akupunkturę, którą rozkoszowaliśmy się we trójkę leżąc na dywanie.

Podoba mi się Seattle, chociaż ciągle pada. Cieszę się, że załapałam się na trochę jesieni, bo chociaż lubię ciepło, fajnie jest poczuć ten klimat. Ludzie są mili, praktycznie każdy przechodzień uśmiecha się i pozdrawia, co ciągle napawa mnie zdumieniem po szorstkim Nowym Jorku. Ciężko mi było dzisiaj wyjechać, ale wiem, że zawsze mogę wrócić do Seattle. Teraz jestem w domu Leanne, której będę pomagać w sprzątaniu domu przez tydzień. I rozkoszować się ciszą, naturą, spokojem, dwoma kotami i jednym psem. A co!

Źródło:
www.magdameetsworld.wordpress.com/2015/11/03/o-deszczowym-ale-cudownym-seattle

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.