O jachtostopie na wyspy Hondurasu.

DCIM105GOPRO

4th May

Shane i Rob, para, którą poznałam w Rio Dulce, planowali rejs na wyspy Utila i Roatan już jakiś czas i brałam pod uwagę zabranie się z nimi. Do końca jednak nie byłam pewna, miałam rewolucje żołądkowe i nie wiedziałam, czy to dobry pomysł. Nie wiedzieliśmy, kiedy dokładnie wyruszymy, ale dzisiaj z samego rana oświadczyli, że startujemy w południe. Lekko spanikowana spakowałam się szybko, pojechałam z Shane do miasta nakupować zapasów, a zakupy w Rio są istnym piekłem, z tym całym hałasem, spalinami, gorącem i szaleństwem typowym dla tego miejsca. Wróciłyśmy do mariny i już mieliśmy ruszać, kiedy okazało się, że mojego prania jeszcze nie ma, a miało być gotowe na wczoraj. Latałam od jednego pracownika do drugiego szukając moich rzeczy i w końcu je znalazłam, oczywiście niewyprane. Wyruszyliśmy prawie dokładnie w południe z zamiarem dotarcia do Texan Bay w dole rzeki po południu.

Shane i Rob mieszkają na swoim katamaranie Scurvy Dog od dwóch lat. Uwielbiam tę łódź, jest tam tyle miejsca i jest tak przytulne, że można poczuć się jak w domu.

Pomogłam Shane pokroić owoce i warzywa, korzystając ze spokojnej jak lustro wody i braku bujania. Dopłynęliśmy do domu ich znajomych przed trzecią. Pat i Penny mieszkają w pięknym, drewnianym domu na wodzie na swojej posiadłości nad rzeką. Ich dom jest otwarty, żadnych ścian ani okien, panuje cisza i spokój, pięknie. Zacumowaliśmy jakieś 30 metrów od ich posiadłości. Shane i ja popłynęłyśmy do ich domu, a reszta zabrała się do łódki. Fajnie było w końcu wskoczyć do rzeki, bo w Rio Dulce raczej nie kąpie się w wodzie, bo wszystkie łodzie, które tam cumują opróżniają swoje kibelki prosto do wody i często widać plamy paliwa… (Ale za to woda jest tak utleniona – czy coś, nie pamiętam – że w nocy świeci. To wynagradza wszelkie niedogodności według mnie – ja raz na imprezie na jednej z łódek miałam okazję wskoczyć do wody w nocy i normalnie przy ruchu woda świeci. To była jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie widziałam w życiu.)

Posiedzieliśmy tam chwilę i popłynęliśmy dalej, z zamiarem dotarcia do Livingston, miasta tuż przy ujściu rzeki do morza na noc. Rob (mąż Shane) i Pat popłynęli tą taką małą łódeczką z silnikiem, żeby w Livingston załatwić pieczątki do paszportów, konieczne do wyjazdu z kraju. Shane, Penny, ja i Larry (65-letni kapitan, który się z nami zabrał) zostaliśmy na katamaranie, płynąc przez przecudowny kanion wolniejszym tempem. Piliśmy piwo i siedzieliśmy na przedzie katamaranu, podziwiając zieleń kanionu i wody – cudownie! Pat i Penny przyjechali do Gwatemali dziesięć lat temu, zwiedzili cały kraj i tak im się spodobało, że zostali, kupili ziemię (a raczej teren, bo to bardziej woda niż ziemia), zbudowali swój dom i zostali.

Dopłynęliśmy do Livingston i zakotwiczyliśmy nieopodal publicznych doków. Pat i Penny pożegnali się z nami i ruszyli w drogę powrotną do swojego domu. Zabraliśmy się za przygotowywanie krewetek, które Larry kupił wcześniej od Pat’a, za jakieś grosze. Było ich 3 kilogramy – w trójkę obraliśmy je w niecałe dwie godziny. Uśmialiśmy się, bo mieliśmy tyle jedzenia ze sobą, a zachciało się nam krewetek i obieranie ich pochłonęło cały wieczór. Shane zrobiła salsę z warzyw, mango i ananasa, wrzuciła krewetki z ryżem na grilla i wyszedł nam boski posiłek. Zajadaliśmy się radośnie i do pełna, posiedzieliśmy trochę i poszliśmy spać.

5 maja

Wstaliśmy przed szóstą, w nocy była okropna burza, waliło piorunami i grzmotami na całego. Jednak ja, tak szczęśliwa z powodu łóżka, w którym spałam, zupełnie nie zwracałam na to uwagi. Przebudziłam się w nocy i spojrzałam na szalejące pioruny, ale od razu wróciłam do spania. Przez ostatnie dwa tygodnie spałam raczej źle – albo w namiocie, albo z komarami, albo w hamaku, albo na pokładzie katamaranu Larry’ego na dachu, jedynym miejscu, gdzie nie gryzły mnie komary, lub w pokoju telewizyjnym w marinie (gdzie miałam nadzieję uciec od komarów, ale nie wyszło). Spałam więc po 4-5 godzin i nigdy nie miałam gdzie uciąć sobie chociaż drzemki po południu, chodziłam więc chronicznie niewyspana i pogryziona przez komary. Dlatego tak doceniłam własną kajutę.

Potrzebowaliśmy lód na drogę, Rob i ja popłynęliśmy więc ich pontonem do Livingston na poszukiwania. Zaraz od brzegu zahaczył nas jeden mieszkaniec, typowy Garifuna, i zapytał, czego potrzebujemy. Zaprowadził nas przez opustoszałe jeszcze ulice miasta do hotelu, w którym miał być lód (ale nie było) i do domu jakiejś kobiety, która sprzedała nam trzy nieduże worki. Okazało się, że jest Cinco de Mayo, 5 maja, święto narodowe i wszystko może być pozamykane. Udało nam się zdobyć jeszcze trochę więcej lodu w innym małym sklepiku, gdzie pan musiał wyjść spod prysznica, żeby nas obsłużyć i otworzył nam sklepik owinięty tylko ręcznikiem; i ruszyliśmy w drogę powrotną. Podnieśli kotwicę i wypłynęliśmy na otwarte wody.

Płynęliśmy cały dzień i całą noc. W ciągu dnia morze było niesamowicie spokojne, prawie jak lustro, aż trudno było uwierzyć. Siedziałyśmy z Shane na przedzie, ciesząc się bryzą i brakiem fal. Spokojnie mogłyśmy przygotowywać jedzenie i przekąski – co zmieniło się jednak po południu. Fale zrobiły się nieco większe, a jako że my płynęliśmy pod wiatr i to na katamaranie, bujało dosyć mocno. Shane ma chorobę morską, nie czuła się więc zbyt dobrze, nawet mimo branych tabletek. Nawet nie wiedziałam, że istnieją tabletki na chorobę morską. Godziny dłużyły się, najlepiej siedziało mi się na samym dziobie, bo dzięki falom czułam się jak w wesołym miasteczku, aż w końcu poszłam spać. Rob i Larry sterowali na zmianę przez całą noc w strugach deszczu.

6 maja

Fale były mocne od samego rana. Obudziłam się około 6-tej i zrobiłam śniadanie, Shane nie czuła się najlepiej, szczególnie, kiedy schodziła do kuchni. Fale sprawiały, że katamaran podskakiwał jak szalony, a mi strasznie chciało się spać. Usypiana falami poległam na łóżku na kolejne 3 godziny i spałam snem sprawiedliwego. Przebudziłam się znów przed południem i podgrzałam jedzenie dla wszystkich, bo nadal strasznie bujało. Zjedliśmy po porcji lasanii, którą Larry kupił na drogę jeszcze w Rio Dulce. Posiedziałam chwileczkę i… poszłam spać. Po kolejnych 3 godzinach przebudziłam się, dopływaliśmy do Roatanu. Widać już było wyspę i fale były trochę mniejsze. Okazało się, że Shane nie chce wwozić do nowego kraju trawki, którą miała na pokładzie, skręciliśmy więc małego jointa i spaliliśmy we trójkę. I oczywiście znów poszłam spać. Jakby nie patrzeć, przespałam cały dzień – ale tak dobrze leżało mi się na tym łóżku, w końcu miałam odrobinę własnej przestrzeni i czułam, że odsypiam za te całe poprzednie dwa tygodnie.

Dopłynęliśmy około 4-tej, witani w marinie przez Steve’a i Debbie, menadżerów. Zacumowaliśmy przy doku, podłączając się do prądu; Fantasy Island (to nazwa) to mała marina, prosta ale przytulna, położona na terenie dużego resortu z hotelem i apartamentami.

***

Kolejne kilka dni upłynęło nam całkiem leniwie i spokojnie – wszyscy odsapnęliśmy bo dusznym i głośnym Rio Dulce. Shane i ja z nostalgią wspominałyśmy jednak Rio, bo jest w nim coś takiego, co człowieka wciąga mimo wszelkich wad. Lejący się żar z nieba i brak bryzy przez pół dnia, niezbyt czysta rzeka, brak plaży, hałas ciężarówek na moście, brak miejsca do spacerowania… ale ludzie, którzy tam mieszkają, ci wszyscy marynarze i podróżnicy z całego świata tworzą tak zwartą i fajną grupę, że szybko można poczuć się jego częścią. Shane i Rob planują wrócić tam na sezon huraganów, czyli pod koniec maja, a ja też zamierzam jeszcze tam zawitać.

W każdym razie, Roatan jest totalnym przeciwieństwem Rio – mniej komarów, cisza, spokój, piękna plaża i czysta woda, bryza, widać gwiazdy w nocy. Dni płyną powoli i leniwie, sprawiając, że Shane obawia się o zanudzenie się na śmierć. Ale poradziłam jej, żeby potraktowała to jak wakacje i nadrobiła zaległości w książkach i filmach; ja sama poczułam się jak na wakacjach.

Po prawie tygodniu spędzonym z nimi na łódce zdecydowałam pojechać do West End, żeby trochę poodkrywać. Jest to miasteczko na zachodnim brzegu wyspy, gdzie dzieje się większość życia. Pojechaliśmy więc dzisiaj we czwórkę do Coxen Hole, miasteczka w połowie drogi z zamiarem zrobienia zakupów i zobaczenia nowych sklepów… wsiedliśmy do napakowanego vana, służącego za minibus, uciskając się między miejscowymi, a Rob ma prawie dwa metry wzrostu; popłakałam się ze śmiechu widząc jego i Larry’ego pościskanych przy oknie. Jazda nie była długa, ale zostawiła nas tak wyczerpanych, że poszliśmy prosto do baru, w którym już zostaliśmy aż do czasu, kiedy ja złapałam busa do West End, a oni z powrotem do mariny.

Kiedy siedziałam już sama w nowym busiku wiozącym mnie przez wyspę do West End, pomyślałam sobie, że naprawdę lubię to moje podróżowanie i nowe przygody, jazdy dusznymi i niewygodnymi autobusami, dzięki którym mogę zobaczyć kraj za oknem i podsłuchiwać rozmowy miejscowych. I nie wiedziałam, co mnie czeka w West End. Dojechałam do miasteczka z zamiarem poszukania mojej host z Couchsurfingu, ale szukałam w złym hostelu, krążyłam więc w kółko. Ostatecznie dotarłam do hostelu Buena Onda, z którym wcześniej kontaktowałam się w sprawie pracy w zamian za łóżko. Sophie, właścicielka, powiedziała mi w czym mogę jej pomóc, na miejscu stwierdziłam więc, że nie ma co dalej szukać i zostaję. Dostałam łóżko w pokoju dzielonym z innymi ludźmi, oprowadziła mnie po ślicznym, małym hostelu i jestem. Czuję, że będzie fajnie.

Źródło:
https://magdameetsworld.wordpress.com/2016/05/25/o-jachtostopie-na-wyspy-hondurasu/

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.