O życiu w Kalifornii (część 1)

DCIM102GOPRO

To już dwa miesiące, odkąd rozpoczęłam podróż przez Stany i prawie trzy tygodnie w Kalifornii. Co zupełnie nie było planowane, bo myślałam o pojechaniu prosto do San Diego z San Francisco, nie zatrzymując się w Los Angeles, o którym słyszałam tylko złe opinie wcześniej. Tymczasem jesteśmy w LA już ponad tydzień, poznałam połowę dzielnic miasta, byłam na dwóch imprezach z okazji 40-stych urodzin, poznaję amerykański styl życia od środka, nowych ludzi, nowe jedzenie i nowe sposoby na tanie podróżowanie. Kalifornijskie słońce radośnie wita nas co-dzien-nie bez wyjątku, sprawiając, że trudno mi uwierzyć, że jest grudzień i z niedowierzaniem patrzę na choinki na dachach samochodów lub cudownie i kiczowato ozdobione lampkami domy i ogródki.

Moja przygoda z Kalifornią zaczęła się niezbyt zachwycająco, bo utknęłam w kamperze z czteroma chłopakami, którzy palili zbyt dużo zielonych dobrodziejstw Oregonu i byli bardzo kiepscy w podejmowaniu decyzji. Podróż do San Francisco z Portland w ich towarzystwie pozostawiła mnie wyczerpaną psychicznie i nawet nie chce mi się o niej opowiadać, bo staram się zapomnieć. Nie było jakoś okropnie, ale ich brak zdecydowania, konkretnych działań i organizacji doprowadzała mnie do obłędu.

W każdym razie, zwiedziłam San Francisco, dowiedziałam się ciekawych rzeczy na jego temat, odwiedziłam Alcatraz, zjadłam największe burrito w moim życiu siedząc w parku Dolores, byliśmy na kempingu w Big Sur, które jest jednym z najpiękniejszych miejsc na Zachodnim Wybrzeżu. Miałam całe pięć dni dla siebie, kiedy to chodziłam po całym mieście, uparcie omijając środki transportu i przemierzając ulice San Francisco – raz pod górkę, raz z górki. Byłam w Sausalito, które jest cudownym, małym miasteczkiem po drugiej stronie mostu Golden Gate i gdzie zaparkowanych jest tysiące łódek. Podziwiałam zachody słońca z różnych miejsc, a każdy następny był cudowniejszy. Zdałam sobie sprawę z tego, że takie zachody słońca nad oceanem to coś, czego brakowało mi na wschodnim wybrzeżu w Nowym Jorku. Przekonałam się, że wszelkie miejsca polecone przez ludzi z zewnątrz lub przewodniki są bardzo mało warte. Kilka najbardziej popularnych miejsc wśród turystów rozczarowało mnie po prostu, więc postanowiłam skupić się na odkrywaniu miasta na własną rękę. Tym sposobem trafiłam do Sutro Heights Park i Point Lobos, skąd podziwiałam boski zachód słońca będąc otoczona małą ilością ludzi. Przy Baker Beach schowałam się w krzakach na pagórku, gdzie w spokoju mogłam podziwiać magię tego zjawiska. W Sausalito nie było żywej duszy – bo to poza sezonem, latem jest zapchane ludźmi. Spotkałam tam pewną panią z pieskiem, który mnie zaczepił i od pytania, skąd jestem wywiązała nam się długa rozmowa (z właścicielką). Pani nie poleciła mi żadnych miejsc wartych zobaczenia w samym Sausalito, ale gorąco zachęciła mnie, żebym poszła do Caffe Trieste w San Francisco, miejsca, w którym przebywali artyści w latach 50’ i 60’.

„Zamówisz lampkę wina i możesz siedzieć tam godzinami, słuchając rozmów innych ludzi i ich poznając”.

Ta wizja przemówiła do mnie na tyle silnie, że wsiadłam w autobus do miasta i pojechałam prosto do Caffe Trieste. Zamówiłam lampkę domowego, czerwonego wina i bardzo sympatyczny barman, który ucieszył się na wieść, że jestem Polką i zapewnił mnie, że jego imię znaczy „szafa” (bo się nazywał Szafak czy jakoś tak), nalał mi wina po sam brzeg. Szczęśliwa zasiadłam przy jednym ze stolików nieopodal dwóch panów grających na akordeonach stare piosenki. Spojrzałam na zegarek i z niepokojem stwierdziłam, że jest 11:40 – a co z dżentelmenami, co nie piją przed południem? Jestem damą, stwierdziłam, wzruszyłam ramionami i zabrałam się za moje winko. Nie, żebym się przejmowała. A poza tym, gdy panowie od akordeonów zbierali się do wyjścia, jeden z nich powiedział:

„A myślałem, że tylko ja pijam wino przed południem”

Na co odpowiedziałam mu:

„W moim kraju jest dawno po południu”

Mając jego poparcie, wino smakowało mi nawet bardziej.

Podobała mi się również wizyta w Alcatraz, do którego wcale nie chciałam iść, ale przekonałam się, że warto. Miejsce to ma w sobie tyle historii, że nie można go przegapić. Bilet kosztuje ok. 30$, ale w jego cenę wliczona jest przejażdżka promem oraz multimedialny przewodnik na miejscu. Czyli zakładamy słuchawki i po kolei odwiedzamy poszczególne miejsca, słysząc w tle oryginalne dźwięki i głosy więźniów i strażników. Więzienie jest nieczynne od początku lat 60’ i stanowi obecnie największą atrakcję turystyczną wyspy. Poza tym jest ona siedliskiem wielu ciekawych gatunków ptaków, dlatego też jest częścią Parku Narodowego. W 1962 roku rodowici Indianie postanowili zając wyspę, twierdząc, ze jako jeden z pierwszych miejsc widzianych przez przybyszów wpływających do zatoki, powinna byc reprezentowana właśnie przez nich. Żyli na wyspie, bez dostępu do wody i elektryczności przez dwa lata, po czym zostali wygonieni. Nadal widać ich ślady na wyspie, napisy na murach i wystawy na ich temat.

(Więcej do poczytania o Alcatraz tutaj https://pl.wikipedia.org/wiki/Alcatraz#Ciekawostki )

San Francisco jest znane jako miasto bardzo liberalne, co łatwo zauważyć na ulicach i w barach, nikt nie musi się tu kryć ze swoją orientacją seksualną, istnieje nawet cała dzielnica Castro, obwieszona tęczowymi flagami i popularna wśród homoseksualistów.

Wracając z kempingu w Big Sur, w Monterrey spotkaliśmy się z Kelly, koleżanką Bill’a (mojego kolegi z Nowego Jorku, tego, który zabrał mnie na wielkie amerykańskie wesele). Kelly sprzedała swoje rzeczy, kupiła na aukcji rozkładanego kampera (250$) i Land Rover’a i ruszyła w podróż ze swoim rowerem i deską surfingową, zatrzymując się na kempingach przy plaży. Gadaliśmy z nią chyba z pół godziny i zapewniłam ją, że po zwiedzeniu San Francisco pojadę na południe i do niej dołączę, chociaż na kilka dni.

Nie miałam pojęcia wtedy, że zaprzyjaźnimy się tak silnie i tak się do siebie przywiążemy. Tak to jest na tym świecie i z tymi ludźmi.

Skorzystałam z Craigslist rideshare (czyli strony z ogłoszeniami, kierowcy szukający pasażerów, żeby podzielić się kosztami benzyny) żeby dostać się do Morro Bay, gdzie Kelly zaparkowała swojego kampera na tydzień. Kierowcą okazał się młody chłopak, Ignacio, z którym gadałam o podróżach i wszelkich innych różnościach przez całe 3 godziny drogi. Namówiłam go nawet na lody z Safeway (taki tani supermarket). Lody w amerykańskich supermarketach można kupić tylko w dużych ilościach! Dlatego też kilka dni wcześniej zjadłam ich prawie pół litra, bo znalazłam smak stworzony przez samego Boga – salted caramel & butter pecan, czyli solony karmel i orzechy pekan. Zjadłam je dotychczas trzy razy i za ostatnim razem napisałam w mojej głowie poemat o tym, jak nijakie było moje życie przed odkryciem tego smaku.

Ale wracając do głównego wątku – Ignacio zawiózł mnie do Morro Bay, gdzie spędziłam trzy dni z Kelly, śpiąc w jej kamperze, biegając po plaży, podziwiając zachody słońca i gadając z nią na wszelkie tematy.

Kelly wymyśliła sobie, że jej następną podróżą będzie wyprawa rowerowa do Afryki. W tym celu chciała nakupować potrzebnego sprzętu w sklepie REI, najpopularniejszym wśród podróżników w Ameryce. Ja nigdy tam nie byłam, a bardzo chciałam, ustaliłyśmy więc, że następnego dnia tam pojedziemy. Najbliższy REI był w Santa Barbara, godzinę drogi na północ.

Wstałyśmy więc rano, poszłyśmy pobiegać, Kelly poszła posurfować i tak jakoś nam zeszło, że wyruszyłyśmy około trzynastej. Dojechałyśmy do Santa Barbara i stwierdziłyśmy, że najpierw coś zjemy (później okazało się, że kiedy byłam z Kelly, zawsze tak było – nasze plany zmieniały się z godziny na godzinę i każdy pomysł był dobry, spontaniczność zawsze górą). Zaśmiałam się, że byłoby jak w filmie, gdybyśmy kupiły jedzenie, obejrzały zachód słońca, i okazałoby się, że REI jest zamknięte. Udałyśmy się do supermarketu Lazy Acres, gdzie rozdawali próbki różnych pyszności, co stało się moim hobby ostatnimi czasy. Kupiłyśmy sobie sałatki i stwierdziłyśmy, że chcemy je zjeść podczas zachodu słońca na plaży. Miałyśmy też wino, które podarował nam chłopak na kempingu, poznany dzień wcześniej (był sprzedawcą wina i miał ze sobą w aucie całe ich mnóstwo). Usiadłyśmy na piasku i zajadałyśmy się naszymi dobrociami, kiedy ujrzałyśmy chłopaka, smętnie przechadzającego się w tę i z powrotem. Najpierw śmiałyśmy się po cichu, zgadując, co go może tak trapić, ale w końcu zagadałyśmy do niego, „Hej, o czym tak rozmyślasz?”, i chłopak usiadł z nami. Wzdychając ciężko i co chwilę nazywając siebie głupim, wyjaśnił nam całą sytuację – oczywiście chodziło o dziewczynę – która nie dawała mu spokoju. Wysłuchałyśmy go cierpliwe, dałyśmy kilka rad, a Claudio (tak miał na imię) po pół godzinie z nami wstał raźnie i z uśmiechem, sprężystym krokiem ruszył do domu.

Powiedział też nam, że jest bardzo wdzięczny, za to, że do niego zagadałyśmy i że jeśli kiedykolwiek będziemy miały okazję, powinnyśmy zrobić to samo. Ukułyśmy termin „Claudio” oznaczający uczynienie czyjegoś życia lepszym, przybiłyśmy sobie piątkę i ruszyłyśmy do REI.

W samochodzie Kelly ustawiła GPS w telefonie na adres sklepu… i okazało się, że zamykają za 10 minut. Ruszyłyśmy pędem, ale Kelly chciała w spokoju zrobić zakupy, postanowiłyśmy więc zostać w Santa Barbara na noc i przyjść ponownie rano. Spać w samochodzie oczywiście.

Resztę wieczoru spędziłyśmy w Starbucksie, szukając informacji na temat naszych podróży i rozmawiając z przypadkowymi ludźmi. W międzyczasie powiedziałam Kelly, że dolar jest teraz bardzo silny, i że może lepiej jej będzie pojechać do Europy, nakupować sprzętu w Decathlonie czy gdzieś (bo w USA Decathlonu nie ma), wyjdzie jej taniej i nie będzie musiała tego ze sobą wieźć przez pół świata.

I tak ją przekonałam, że następnego dnia w REI nie kupiła zupełnie nic – i tak się z tego powodu uśmiałyśmy, że hoho. Niezrażone ruszyłyśmy w drogę powrotną, ja do San Luis Obispo, a ona z powrotem do Morro Bay.

Moim następnym planem był pobyt u Terry w San Luis Obispo. Terry to siostra Leeann, mojej ulubionej pani z Olympii w Washingtonie. Nie byłam pewna, czego mogę się spodziewać po pobycie tam, ale okazało się cudownie i zostałam u nich pięć dni.

Terry i jej mąż, Derrel są tak cudownymi ludźmi, że już za nimi tęsknię. Dostałam swój pokój z wielkim łóżkiem, codziennie rano jedliśmy pyszne śniadanka i mogłam docenić powolne tempo życia ludzi na emeryturze. Oboje mają czas na rozwijanie swoich pasji po całym zyciu spędzonym na wychowywaniu dzieci i pracy. Terry maluje i uczy się grać na ukulele, a Derrel chodzi na hiszpański i ćwiczy grę na gitarze.

Terry miała wcześniej jednego męża, a Derrel aż dwie. Podobało mi się, jak traktują swoje dzieci z poprzednich związków jako wspólne i jak Terry przyjaźni się z drugą z czterech następnych żon jej byłego męża, Carol Ann (tak wiem, to skomplikowane). San Luis Obispo jest małym miasteczkiem, które okrzyknięte zostało najszczęśliwszym w Stanach. Położone jest między wzgórzami, kilkanaście kilometrów od oceanu, mieści się tam uniwersytet z ogromnym kampusem więc jest mnóstwo studentów. Zaraz pierwszego dnia Terry zabrała mnie na przejażdżkę autem, pokazując mi kampus i główne ulice miasta oraz małe oceanarium, gdzie pogłaskałam mini rekina i obejrzałam meduzy i krewetki. Kupiłyśmy świeego łososia od rybaków, którego Derrel przyrządził na grillu wieczorem.

Tak, jak dobrze mi się spało w tamtym łóżku… długo go nie zapomnę. W każdym razie w środę był nasz dzień sprzątania – wymyłam im wszystkie okna w domu, o co Terry mnie poprosiła wcześniej. Cieszyłam się, że mogłam to dla nich zrobić, bo po pierwsze – lepiej czuję się, jeśli mogę w jakiś sposób pomóc w zamian za gościnę, a po drugie – oboje są po sześćdziesiątce, więc po prostu byłoby im trudno to zrobić. Wieczorem zabrali mnie na kolację do ich ulubionej knajpki i fajnie było patrzeć na nich, spoglądających na siebie z czułością nastolatków, chociaż 17 lat po ślubie.

W czwartek wypadało Święto Dziękczynienia. Z samego rana pojechaliśmy do ośrodka zajmującego się ratowaniem fok, w którym Terry i Derrel są wolontariuszami. Z zapałem i pasją zabrali się do przyrządzania pokarmu dla czteromiesięcznej foczki uratowanej dzień wcześniej. Mogłam nawet im trochę pomagać i wszystko oglądać. Niesamowite przeżycie!

Okazało się, że na Pismo Beach, pobliskiej plaży, znaleziono kolejną fokę na brzegu, mogliśmy więc wskoczyć do auta i pojechać na ratunek. Okazało się, że ta foka była niedożywiona i prawdopodobnie cierpiała na jakąś chorobę, zabraliśmy więc ją do ośrodka. Pomogłam przy przenoszeniu jej w klatce do jej boksu; pojawiło się więcej wolontariuszy do pomocy. Nauczyłam się wielu ciekawych rzeczy na temat fok, sposobów ich ratowania, karmienia… a także o wolontariuszach, ludziach, którzy poświęcają swój czas dla ratowania morskich stworzeń.

Po południu pojechaliśmy do domu, przebraliśmy się, zabraliśmy ulepione dzień wcześniej pierogi i upieczone ciasto i udaliśmy się do domu Carol Ann (drugiej z czterech żon pierwszego męża Terry) na kolację z okazji Święta Dziękczynienia. Święto to ma długą historię i pewnie różni się ona wśród Amerykanów, ale ogólna wersja mói o tym, jak przybysze ze statku Mayflower, po ostrej zimie, podczas której wielu z nich zmarło, tak się cieszyli obfitymi zbiorami w 1621 roku, że postanowili uczcić to świętem z Indianami, zajadając się indykiem i innymi cudami.

Typowimy potrawami tego dnia są więc:
– oczywiście INDYK, pieczony
– sos z indyka, zwany „gravy”
– stuffing, czyli nadzienie – przyrządzane z chleba, warzyw, opcjonalnie mięsa – oryginalnie indyk był nim nadziewany, a obecnie podaje się je jako osobny smakołyk
– sos żurawinowy
– słodkie ziemniaki (synowa Terry przygotowała puree ze słokich ziemniaków, z orzechami i cynamonem, którym to zajadałam się aż do granic możliwości)
– ciasto dyniowe i szarlotka (lub galaretka)

Samo spotkanie z Carol Ann i jej sąsiadami było świetnym przeżyciem. Jej sąsiadka ma polskie korzenie, była więc podekscytowana aż do łez spotkaniem mnie i spróbowaniem pierogów ruskich. Starałam się opowiedzieć jej jak najwięcej o Polsce (okazało się, że jej dziadek był z Gdańska, co wywołało u niej gęsią skórkę), a gdy skomplementowałam jej śliczne kolczyki, szybkim ruchem zdjęła je i wepchnęła w moją dłoń – „dla mojej polskiej siostry” – powiedziała tylko, a ja wyściskałam ją chyba z pięć razy.

Pośmialiśmy się, pojedliśmy, było cudownie. Moje pierwsze Święto Dziękczynienia w Stanach, kto wie, czy nie jedyne, było niesamowite, pełne rodzinnego ciepła i dziękczynnej atmosfery.

Następnego dnia byłam na targu świątecznym (oficjalny sezon Bożonarodzeniowy w Stanach zaczyna się dzień po Święcie Dziękczynienia) i wspięłam się na górę Madonna, skąd podziwiałam widok na całe San Luis Obispo. Schodząc w dół zgubiłam się i wylądowałam na pastwisku między czarnymi bykami. Na szczęście nie miały nic przeciwko mojej wizycie i pozdrowiły mnie spokojnym machnięciem ogona.

W sobotę nadszedł czas na pożegnanie, a Terry i Derrel będąc tak cudownymi ludźmi zaoferowali mi podwózkę do Ventury, 2.5 godziny drogi w jedną stronę, bo obawiali się o moje bezpieczeństwo. I jak tu ich nie pokochać? Dostałam wyprawkę w postaci domowego muesli (podobnie jak od Leeann) i mojej ulubionej herbaty. I trudno mi było się z nimi pożegnać, i wiem, że jeszcze się z nimi kiedyś zobaczę. Cieszę się, że mogłam trochę ich zainspirować do podróżowania – bo większość czasu spędzają w SLO, a po usłyszeniu moich historii już stwierdzili, że na Święta pojadą w góry.

O Kelly i Los Angeles w następnym poście 🙂

Źródło:
https://magdameetsworld.wordpress.com/2015/12/11/o-zyciu-w-kalifornii-czesc-1/

Leave a Reply

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.