Życie na nielegalu.

Życie na nielegalu.

Budują domy obywateli, sprzątają ich mieszkania, opiekują się dziećmi i dbają o ich rodziców – przede wszystkim w taki sposób nielegalni cudzoziemcy zarabiają na życie w USA, także Polacy. Choć nasz kraj nie jest – lub raczej już nie jest – w czołówce państw, z których przybysze łamią prawo imigracyjne, to wciąż sporo rodaków mieszka w Stanach Zjednoczonych bez uregulowanego statusu – tylko w Nowym Jorku kilkadziesiąt tysięcy.

Nie jest łatwo namówić osoby bez ważnych dokumentów pobytowych, by podzieliły się swoją historią. Strach przed ewentualną deportacją wielu towarzyszy na każdym kroku – w pracy, u lekarza, w banku, a nawet w kościele, bo “ktoś kiedyś powiedział, że tam też zdarzają się naloty służb imigracyjnych”. Nie zdarzają się.

TYM RAZEM ZA DWA LATA

Pani Alicja (nazwisko do wiad. redakcji) kilka razy upewniała się, czy na pewno nie współpracuję z ICE (Immigration and Customs Enforcement) i czy to nie jest jakiś podstęp. „Nie wyobrażam sobie powrotu do kraju teraz. Chyba bym się prędzej zabiła” – mówi. Uspokajam, że nie ma powodu do obaw, bo nie jestem żadnym tajnym, czy też jawnym, agentem służb imigracyjnych. W końcu pani Alicja decyduje się na rozmowę. „Przyleciałam do Nowego Jorku ponad 10 lat temu. Na początku zakładałam, że będzie to tylko pół roku, ale pojawiły się kolejne potrzeby – samochód dla syna, mieszkanie dla córki w Warszawie, lepsza opieka dla starzejącej się mamy i tak minęły mi dwa lata, później kolejne. Nie starałam się nigdy o dokumenty, bo większość moich znajomych mówiła, że nie ma na to szans. No może przez małżeństwo, ale nie chciałam wydawać 15 tys. dolarów. To przecież ok. 60 tys. złotych! Całkiem spora rata za mieszkanie w Polsce, zresztą ja nie chcę tu zostać” – twierdzi pani Alicja. Gdy pytam, czy ma już wyznaczoną datę powrotu, mówi, że najpóźniej za dwa lata – w grudniu na święta Bożego Narodzenia. Po chwili dodaje, że to jest już jej czwarty “pewny” termin. „W Polsce pracowałam w sklepie spożywczym, tu także najpierw dostałam posadę kasjerki na Greenpoincie. Nikt nie pytał o dokumenty. Po kilku miesiącach jedna z klientek zaproponowała sprzątanie. Na początku się wahałam, ale zdecydowała stawka – w spożywczaku miałam na godzinę 7 dol. 'keszem’, a w serwisie 15 dol. Teraz doszłam już do 20 dol.”. Na pytanie, kiedy ostatni raz była u lekarza, na przykład na badaniach kontrolnych, odpowiada, że nigdy, bo się boi. „Wiem, że mogę, bo w Nowym Jorku nielegalni mają jakieś tam prawa, ale nie chcę ryzykować. Kilka razy przechodziłam grypę, ale córka wysyła mi zapas leków z Polski i je łykałam, poza tym czuję się dobrze”.

“OFICJALNIE MNIE TU NIE MA”

Według szacunków Migration Policy Institute w Stanach Zjednoczonych mieszka obecnie ponad 11 milionów imigrantów, którzy nie mają ważnych dokumentów pobytowych. Szacuje się, że nawet co drugi z nich (są statystyki mówiące o co trzeciej takiej osobie) zignorował termin wizy turystycznej, pracowniczej lub studenckiej. Pozostali dostali się na teren USA nielegalnie przekraczając granicę. Wśród nich są także Polacy, którzy przyszli lub przypłynęli do Stanów Zjednoczonych przede wszystkim od strony Kanady. Wśród nich jest pan Andrzej. Sytuacja rodaka jest tak bardzo skomplikowana, że nie ma już żadnych szans na ważne dokumenty. „Zasięgnąłem opinii chyba dwudziestu prawników imigracyjnych i każdy tak samo rozkłada ręce. Twierdzą, że nic się nie da zrobić, bo oficjalnie nigdy do Stanów Zjednoczonych nie wjechałem – mówi. – Tu natomiast urodziły się moje dzieci, syn już skończył 21 lat i mógłby mnie sponsorować. Ale wcześniej musiałbym wrócić do Polski i odczekać dziesięć lat, a ja nie chcę na tak długo rozstawać się z dziećmi. Co mogę powiedzieć? Czekam chyba na jakiś cud”.

Chociaż nie ma ważnych dokumentów pobytowych, pan Andrzej założył kilka lat temu firmę budowlaną i regularnie rozlicza się z amerykańskim urzędem podatkowym. Do pracy – mimo braku nowojorskiego prawa jazdy – dojeżdża własnym samochodem, ubezpieczonym na nazwisko kolegi. „Jestem w USA 25 lat, do tej pory policja zatrzymała mnie dwa razy i dwa razy machnęli ręką. Wprost powiedziałem, że mam prawo jazdy, ale polskie i że nie mogę wyrobić 'ichniego’, bo jestem tu nielegalnie. Policja jest w porządku, zresztą chyba też są jakoś szkoleni, by dawać spokój imigrantom, no chyba że naprawdę coś przeskrobią”.

Funkcjonariusze szkoleni w taki sposób nie są, ale faktycznie – pewnie z racji tego, że Nowy Jork jest tzw. miastem sanktuarium, policja nie pyta (choć ma do tego prawo) zatrzymanej osoby o jej status imigracyjny ani jej nie aresztuje tylko z powodu braku legalnych dokumentów. “Jeśli zatrzymamy przysłowiowego Kowalskiego, bo na przykład nie działają w jego samochodzie światła stopu, to oczywiście, że pytamy o prawo jazdy. To standardowe pytanie – wyjaśnia polski policjant (imię i nazwisko do wiad. redakcji), pracujący na jednym z posterunków na Brooklynie. – Gdy Kowalski powie, że nie ma nowojorskiego prawa jazdy, ale pokaże mi polski dokument i będę mógł zweryfikować jego dane, to skończy się najwyżej na mandacie za 'fail to present a license’ oraz za 'unlicensed operator’, chyba że jest za coś poszukiwany”. To nie znaczy, że można jeździć bez amerykańskiego prawa jazdy – nie można. Teoretycznie zatrzymana osoba nie powinna już wsiadać za kółko. W praktyce imigranci jeżdżą, bo często w taki sposób dostają się do pracy, na której wykonywanie pozwolenia też zresztą nie mają.

„TAK BECZAŁAM, ŻE NIE MOGŁAM WYJŚĆ Z SAMOLOTU”

Pani Anna (nazwisko do wiad. redakcji) wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych w 1995 roku. Miała wtedy 17 lat i całkiem realne szanse na stałe dokumenty, dzięki sponsorowaniu jej przez ojca. Niestety, proces okazał się bardzo czasochłonny, a prawniczka imigracyjna, która miała się sprawą zająć, nie do końca kompetentna. Efekt był taki, że Anna została wyrzucona z urzędu imigracyjnego i cały proces musiała zacząć od początku. “Ani ja, ani ojciec nie wiedzieliśmy, że mogę być sponsorowana maksymalnie do 21 urodzin. Nasza pani adwokat też nas nie oświeciła, tylko wyciągała od nas kolejne setki. Gdy się okazało, że nie dostanę papierów, a proces od nowa potrwa co najmniej 10 lat, załamałam się – przyznaje rozmówczyni “Nowego Dziennika”. – I faktycznie tak było, jak w zegarku, dziesięć długich lat życia jak w więzieniu, bo wiedziałam, że nie mogę opuścić terytorium USA. Nikomu tego nie życzę, a przecież sporo naszych rodaków spędziło kawał życia na emigracji nie mając legalnego statusu – 20, 30 lat! I wciąż wielu tak żyje. Od razu mogę wymienić co najmniej kilkunastu znajomych” – twierdzi Anna.

Gdy w końcu dostała wymagane dokumenty, natychmiast poleciała do Polski. „Na dwa miesiące – na Wielkanoc i od razu na komunię bratanicy. Nigdy nie zapomnę tego momentu, jak wylądowałam już na lotnisku w Szczecinie i na balkonie zobaczyłam całą moją rodzinę. Tak beczałam, że nie byłam w stanie zejść po schodach z samolotu. Nawet teraz się wzruszam, jak o tym mówię. Panowie ze straży granicznej patrzyli na mnie jak na idiotkę, a ja nie mogłam się opanować. Ten szloch to był wyraz tych wszystkich emocji, tego ‘uwięzienia’ za granicą. Tej złości i jednocześnie radości, że już jestem wolna, że mogę podróżować, gdzie chcę i jak często chcę”.

Batalia o dokumenty kosztowała Annę nie tylko sporo pieniędzy, ale też i zdrowia. „Wkurzające jest to, że pracowałam jak każdy inny Amerykanin, poszłam na studia, bo chciałam dostać lepszą posadę, rozliczałam się z podatków, a mimo to musiałam tak długo czekać, by w końcu uznano mnie za legalnego mieszkańca USA. Moje koleżanki uczyły się za darmo albo półdarmo, dostając zapomogę na szkołę, jakieś bony żywnościowe, a ja za wszystko musiałam sobie płacić sama. Jeszcze drżałam w pracy, że mnie zwolnią lub aresztują. I tak musiałam zrezygnować z jednej posady, bo w końcu mnie przycisnęli i prawie wyszło, że nie mam pozwolenia na pracę. Ktoś mi podpowiedział, że w Chicago jest agencja i tam załatwiają numer Social Security – kombinowanie na całego! Finał na szczęście jest pozytywny, bo mam dokumenty i w końcu jestem tu na legalu. Ale nikt, kto tego nie przeżył, nie zrozumie nas, nielegalnych. Co więcej – widzę, że część Polaków zapomina o tym, jak kiedyś sami kombinowali, by zdobyć legalne papiery, a teraz krytykują nielegalną imigrację. To nie jest w porządku” – uważa Anna.

KONIECZNIE TRZEBA KOMBINOWAĆ

Jak szacuje Migration Policy Institute, w stanie Nowy Jork mieszkają ponad 4 miliony imigrantów, a w mieście Nowy Jork – ok. 3 milionów. Jeśli chodzi o osoby bez legalnego statusu, to w samej metropolii jest ich nieco ponad 500 tys. Pochodzą z różnych regionów świata. Pew Hispanic Center podaje, że 27 proc. z Meksyku i krajów Ameryki Centralnej, 23 proc. z Azji Południowej i Wschodniej, 22 proc. z Karaibów, 13 proc. z Ameryki Południowej, 8 proc. z Europy i 5 proc. z Afryki, a 2 proc. z krajów Środkowego Wschodu. Mimo że nie mają prawa do legalnej pracy, chętnie są zatrudniani. Przede wszystkim w sektorach budowlanym i spożywczym. Ponad połowa osób pracujących na zmywaku w nowojorskich restauracjach nie ma ważnych dokumentów pobytowych lub jedynie wizę turystyczną, którą co drugi z nich – jak pokazują statystyki – pewnie “przesiedzi”. Cudzoziemcy pracują też na budowach oraz jako kucharze, kelnerzy i kelnerki, sprzątaczki, gosposie, opiekunki do dzieci czy osób starszych, mechanicy oraz kierowcy, w tym – ciężarówek. Nielegalnych imigrantów można także spotkać m.in. w sklepach spożywczych. To popularne zajęcia dla osób bez ważnych dokumentów nie tylko w Nowym Jorku, ale wielu innych metropoliach, na przykład chicagowskiej. Ponieważ nie obowiązuje ich minimalna pensja, stawki godzinowe często są mocno zaniżane.

“Jako tymczasowi, a później nielegalni imigranci większość może pracować tylko wykonując mało płatną, często ciężką i niewdzięczną pracę. Nierzadko jest ona przyczyną utraty zdrowia i fizycznego wyczerpania. Z powodu braku legalnego statusu mają ograniczony dostęp do opieki zdrowotnej, usług socjalnych i praw” – zwraca uwagę dr Basia Ellis z Department of Comparative Human Development na University of Chicago. Polska naukowiec jakiś czas temu prowadziła badania wśród nielegalnej Polonii w Kanadzie, teraz zajęła się polskimi imigrantami w Wietrznym Mieście. „Ta sytuacja, w której się znaleźli, wymaga od imigrantów przyjęcia nowych sposobów bycia i myślenia. Dla rodaków konieczne było i jest, aby 'kombinować’ cały czas, licząc na wsparcie członków rodziny i przyjaciół (a nie instytucji), ciężko pracować, ufać, że wszystko się ułoży i nie pozwolić, aby obawy przerosły ich życie”.

NIE WIEDZĄ, ŻE SĄ NIELEGALNI

Według niektórych instytutów badawczych, w tym Migration Policy Institute, w Chicago mieszka ponad 75 tys. nielegalnych imigrantów z Polski, w Nowym Jorku mniej, ale też można liczyć ich w tysiącach. “Idąc 25 lat temu przez Greenpoint można było pokazać palcem, kto jest nielegalny. W jaki sposób? Byli to przede wszystkim zaniedbani mężczyźni, często podpici, zmagający się z nałogiem alkoholowym. Wielu naszych trzeźwiej myślących natychmiast szukało sposobów, jak dostać papiery – mówi Ewa Kornacka, dyrektor wykonawcza POMOC-y, organizacji od wielu lat pomagającej Polakom w metropolii, także w sprawach imigracyjnych. – Nie pytamy nigdy o status. Dla nas nie ma to znaczenia. Każdy jest bardzo mile widziany. Dopiero w trakcie załatwiania konkretnej sprawy musimy wiedzieć, co i jak. To zrozumiałe. Natomiast współcześnie mamy do czynienia z zupełnie innym obliczem nielegalnej imigracji. Teraz – przynajmniej ta polska – to osoby mające często własne firmy, piękne domy i samochody, wakacjują się w kurortach na terenie USA, a nie mają dalej uregulowanego statusu. Taka jest prawda. Nie zapominajmy także o młodszych imigrantach – wspaniałej młodzieży, która została tu przywieziona jako dzieci i lepiej mówi po angielsku niż po polsku. Często nie zdają sobie sprawy z tego, że są nielegalnymi imigrantami. Szczerze pani powiem, że codziennie się martwię, czy przypadkiem ktoś nie wpadnie na pomysł, by cofnąć ustawę DACA (Deferred Action for Childhood Arrivals – przyp. red.). To będzie tragedia!”.

Ewa Kornacka przyznaje też, że kiedyś było o wiele łatwiej, i to legalnie, zdobyć dokumenty pobytowe. Wszystko skończyło się 30 kwietnia 2001 roku, kiedy przestała obowiązywać sekcja 245(i). Pozwalała ona na staranie się o pobyt stały osobom, które wjechały do USA nielegalnie lub wjechały legalnie, ale zostały dłużej, niż zezwalała na to ich wiza. Aby można było skorzystać z tej ustawy, trzeba było złożyć dokumenty na sponsorowanie (przez pracę lub rodzinę) właśnie przed 30 kwietnia 2001 roku. W taki sposób legalny pobyt załatwiła sobie pani Leokadia z Brooklynu, która została kucharką koszernych potraw w domu na Borough Parku. “Żyd, u którego pracowałam, sam mi zaproponował sponsorowanie. Miał jakiś sentyment do Polski i wymyślił, że poszukuje odpowiedniej osoby do pracy w kuchni znającej określone przepisy. Mimo że przez pewien czas za sponsorowanie płacił mi mniej, to i tak jestem mu bardzo wdzięczna” – podkreśla pani Leokadia. Kolejna rozmówczyni “Nowego Dziennika” przyznaje, że za zieloną kartę zgodziła się udawać katechetkę. Historie te wydarzyły się w latach 90. Teraz uregulowanie statusu jest o wiele bardziej skomplikowane. Mimo to wiele osób decyduje się na życie “na nielegalu” z nadzieją, że może coś się zmieni, albo czekają aż ich dzieci dorosną i będą mogły zagwarantować im legalne dokumenty.

“Z jakich praw mogą korzystać? W ogóle nie używałabym słowa 'prawa’. Natomiast na przykład w Nowym Jorku osoby bez legalnego pobytu mogą uzyskać ubezpieczenie. Wystarczy zgłosić się do jednej z klinik, znajdujących się przy miejskich szpitalach, i tam można wyrobić sobie kartę, a następnie korzystać z wyznaczonych lekarzy” – tłumaczy Ewa Kornacka. Pewnym „ratunkiem” może być tzw. emergency medicaid, czyli nagła pomoc medyczna. Przysługuje ona każdemu, kto przebywa na terenie USA, bez względu na status imigracyjny. Jedyny warunek to niskie dochody, a w przypadku turystów zakłada się, że na terenie Stanów Zjednoczonych nie pracują, więc i ich dochód wynosi zero dolarów. Ważne jest jednak, by pamiętać, że – zgodnie z nazwą – „emergency medicaid” przysługuje tylko w przypadku nagłych zdarzeń losowych, a nie na przykład wysypki czy anginy, która może być leczona u lekarza pierwszego kontaktu. Tyle w teorii, bo w praktyce, szczególnie nielegalni imigranci, często kryjąc wysokość swoich zarobków, masowo leczą się na koszt państwa, a dokładnie na koszt podatników. Szacuje się, że na rachunki w ramach “nagłej pomocy medycznej” Nowy Jork wydaje rocznie ponad 600 mln dol. Nie jest tajemnicą, że wśród pacjentów są przede wszystkim nielegalni imigranci. W każdym większym ośrodku medycznym są pracownicy socjalni, którzy mają za zadanie zorganizować pieniądze na rachunek wystawiony przez szpital. Kosztami obarczają pacjenta, towarzystwo ubezpieczeniowe albo państwo, a więc pośrednio podatników. W środowisku imigranckim każdy pewnie zna co najmniej jedną osobę, która leczyła się na koszt państwa, na przykład przeszła operację i nie zapłaciła ani centa.

Osoby, które nie mają ważnych dokumentów pobytowych, mogą też skorzystać z pomocy terapeutów przyjmujących na przykład w klinice Outreach na Greenpoincie. “Każdy, kto się do nas zapisuje, odpowiada na standardowe pytania. Jedno z nich dotyczy numeru Social Security i w tym miejscu pacjenci często się zacinają, nie wiedzą, co mają odpowiedzieć, boją się przyznać do tego, że nie mają numeru. Podobnie z ubezpieczeniem – słychać zdenerwowanie w głosie, bo nie wiedzą, czy jeśli nie mają ubezpieczenia, to będą mogli otrzymać u nas pomoc. Ja zawsze wtedy informuję, że nie ma żadnego problemu, prowadzimy serwis terapeutyczny bez względu na status imigracyjny – tłumaczy terapeutka Katarzyna Fiorita. – To jest Nowy Jork, mieszka tu spora liczba osób, które nie mają uregulowanego statusu, i nie możemy ich dyskryminować. Często jest tak, że ludzie nie znają tego systemu imigracyjnego, zagapią się przez pierwsze pół roku i orientują się dopiero po terminie, że ich wiza nie jest już ważna. Chcą to odkręcić, a często już się nie da. To z kolei prowadzi do obniżenia poczucia własnej wartości, a w sytuacji 'bez wyjścia’ do sięgnięcia po używki”.

I choć – jak przyznaje terapeutka – wśród pacjentów nie ma już tak wielu jak kiedyś Polaków bez dokumentów, to wciąż jest to spora grupa. „Na zawsze zapamiętam pewne kazanie wygłoszone w jednym z kościołów na Manhattanie, podczas którego ksiądz powiedział: nielegalnym imigrantom należy się taki sam szacunek, jak pozostałym mieszkańcom USA, chociażby dlatego, że to oni budują nasze domy, sprzątają mieszkania czy opiekują się naszymi dziećmi i naszymi rodzicami i powinniśmy być im za to wdzięczni”.

NOWOJORSKIE PRAWO JAZDY DLA NIELEGALNYCH?

Najwięcej nielegalnych imigrantów osiedla się w tzw. miastach sanktuariach. A więc na przykład Nowym Jorku, Chicago czy Los Angeles. Immigration Legal Resource Center podaje, że jest 39 obszarów miejskich, które można określić jako właśnie 'sanctuary cities’, 364 powiaty i cztery stany, w tym Kalifornia. Są jednak instytuty, które podają o wiele większe liczby. Podobnie za to szacują dotacje federalne liczone w miliardach dolarów dla miast sanktuariów. Wiele z nich oferuje bezpłatne ID dla imigrantów, a nawet prawa jazdy. Taki dokument w Nowym Jorku chce wprowadzić poseł z Queensu Francisco P. Moya, który pod koniec stycznia przedstawił odpowiednią ustawę w tej sprawie. Gdyby została zatwierdzona, mogłoby z niej skorzystać co najmniej 150 tys. osób, także Polaków. Pomysł krytykuje część republikanów. Ostrzegają, że to najlepsza droga do fałszowania wyborów. “Najpierw wydajemy miliony dolarów podatników na wręczanie praw jazdy nielegalnym mieszkańcom stanu, a następnie planujemy przegłosowanie prawa, zgodnie z którym wszyscy posiadacze tych dokumentów mają prawo do głosowania” – mówił jakiś czas temu republikański poseł stanowy z Kalifornii Tim Donnelly. W stanie tym tylko w pierwszym roku obowiązywania ustawy dotyczącej praw jazdy dla nielegalnych dokument ten wyrobiło ponad 605 tys. osób.

Autor: Anna Arciszewska

Źródło: http://www.dziennik.com/publicystyka/artykul/zycie-na-nielegalu

Zapraszamy na seminaria i konsultacje w USA. Nowotwory, choroby przewlekłe, choroby kobiece, niepłodność…. Dla wielu osób jest szansa na wyleczenie. Spotkania ze światowej sławy specjalistką w dziedzinie leczenia integracyjnego.

Zapraszamy na seminaria i konsultacje w USA. Nowotwory, choroby przewlekłe, choroby kobiece, niepłodność…. Dla wielu osób jest szansa na wyleczenie. Spotkania ze światowej sławy specjalistką w dziedzinie leczenia integracyjnego.

„Choroba nowotworowa to przewlekłe schorzenie, gdzie guz nie jest przyczyną, lecz skutkiem, którego początek miał miejsce na długo przed formowaniem się rozrostu komórek. Guz jest tylko objawem, który daje sygnał lekarzowi, że ciało przewlekle choruje. Ponieważ nowotwór jest schorzeniem złożonym, leczenie raka nie może ograniczać się do usunięcia guza nowotworowego.”

Znajdź równowagę, odzyskaj zdrowie !!!

Polonijny Klub Zdrowie Najważniejsze oraz portal www.presspol.com zapraszają na seminaria, które wygłosi dr n. med. Preeti Agrawal. Odbędą się one 31 marca w Filadelfii, 1 kwietnia w Nowym Jorku i 2 kwietnia w New Britain (bilety do są kupienia online www.polticket.com lub w punktach sprzedaży – podanych na końcu artykułu)

Dr Preeti Agrawal uzyskała dyplom Medical Collage w Jaipur w Indiach, zrobiła specjalizację II stopnia w dziedzinie ginekologii i położnictwa. Od ponad 20 lat prowadzi praktykę lekarską w Polsce. Przeszła szkolenie z zakresu medycyny chińskiej, zdobyła tytuł specjalisty hipertermii lokalnej. Za swoją działalność na rzecz kobiet w 2009 r. otrzymała Kryształowe Zwierciadło – prestiżową nagrodę miesięcznika „Zwierciadło”, uhonorowano ją też tytułem „Niezwykła Polka Roku 2008” w woj. dolnośląskim. W latach 1995-2001 odbyła szereg staży naukowych w Niemczech, m.in. w Ośrodku Integracyjnym Leczenia Nowotworów prof. A. Herzog, w Danii, Anglii i Kanadzie.

Wraz z mężem, prof. Anii Kumar Agrawal, otworzyła pierwszą w Polsce Klinikę Integracyjnego Leczenia. Klinika prowadzi konsultacje i indywidualne programy leczenia, łącząc osiągnięcia współczesnej medycyny z różnymi formami terapii naturalnych. Dysponuje nowoczesnym sprzętem i laboratorium badawczym. Specjalizuje się w leczeniu chorób kobiecych, przewlekłych, cywilizacyjnych i nowotworów. Oferuje integracyjne leczenie raka, niepłodności, endometriozy, mięśniaków, zaburzeń hormonalnych, prostaty, depresji i wielu innych schorzeń. Świadczy także usługi w zakresie profilaktyki zdrowia. W klinice wykonywane są konsultacje i zabiegi chirurgiczne oraz konsultacje pediatryczne. Specjaliści zajmują się też opracowywaniem diet i właściwej suplementacji, ziołolecznictwem, służą wsparciem psychoterapeutycznym, można skorzystać z ozonoterapii, witaminoterapii dożylnej itp. Więcej informacji na www.imc.wroc.pl

„Zespół lekarski tworzą osoby o wysokich kwalifikacjach, które wkładają w swoją pracę wiedzę, doświadczenie i serce. „Zdrowie jest integralną częścią naszego życia, naturalnym stanem każdego człowieka. Promowanie zdrowia na każdym etapie życia z wykorzystaniem naturalnego potencjału to nasza misja” – twierdzi dr Agrawal. Klinika Medycyny Integracyjnej proponuje leczenie holistyczne – całościowe. Leczenie integracyjne skupia się na przyczynie choroby, nie tylko na łagodzeniu symptomów, a pacjent i lekarz są partnerami w procesie leczenia. Równowaga na wszystkich poziomach życia stanowi podstawę zdrowia i szczęścia. Dlatego dr Agrawal nie tylko ratuje zdrowie fizyczne, ale uczy, jak zrozumieć siebie, swoją chorobę i jak samemu się uzdrowić, odkryć radość i sens życia. Uważa, że należy się zająć zarówno stanem psychicznym danej osoby, jak i środowiskiem, w którym przebywa, sposobem odżywiania, relacjami z ludźmi, zainteresowaniami itp. Metody integracyjne uruchamiają procesy samoleczenia i z powodzeniem mogą być stosowane jednocześnie z metodami konwencjonalnymi.

Gdy zachorujemy, często nie wiemy, jak należy postępować, gdzie szukać pomocy i wsparcia. Z odpowiedzią śpieszy polonijny Klub Zdrowie Najważniejsze, poprzez organizowanie różnych spotkań, wykładów, seminariów i kursów. Osoby, które dotychczas skorzystały z leczenia w klinice dr Agrawal, odzyskały wewnętrzny spokój, i radość życia, a ich stan zdrowia uległ poprawie. Z zainteresowaniem słuchaliśmy na spotkaniu klubowym opowieści jednej z członkiń, która podzieliła się z nami wrażeniami z 10-dniowego pobytu w klinice dr Agrawal we Wrocławiu. To spowodowało, że z jeszcze większym zaangażowanie podjęliśmy działania, aby planowane seminarium doszło do skutku i udało się! Pani doktor przyjęła zaproszenie i już za niecałe dwa miesiące będzie można skorzystać z wykładu lub zamówić prywatną wizytę u tej światowej klasy lekarki. Jeśli z jakiegoś powodu cierpisz, nie zwlekaj – zrób pierwszy krok, przyjdź na seminarium. Posłuchasz prelekcji i sam zdecydujesz, czy to jest droga dla Ciebie.

Dr Agrawal udziela konsultacji także drogą elektroniczną (skype), co w przypadku odległości dzielącej Polskę i USA ma duże znaczenie – dzięki temu pacjenci będą mogli utrzymać kontakt z panią doktor. Klub ma zamiar zorganizować grupowy wyjazd do wrocławskiej Kliniki.
Warto wspomnieć, że dr Agrawal wraz z mężem pracują nad otwarciem pierwszego w Polsce prywatnego szpitala specjalizującego się w integracyjnym leczeniu nowotworów. To miejsce będzie szansą dla chorych i często pozbawionych nadziei osób na odzyskanie zdrowia i ocalenie życia.

Janina Nina Sendra

SEMINARIA I KONSULTACJE (po polsku i angielsku) ze światowej sławy lekarką DR PREETI AGRAWAL

Tylko przez 3 dni w USA !!!

Filadelfia – 31 marzec
Nowy Jork – 1 kwiecień
New Britain – 2 kwiecień

Potrzebna wcześniejsza rezerwacja.
Kliknij i kup bilet

Seminaria: $60.00

Filadelfia – piątek 31 marzec 2017
6.00 pm (po polsku)

The Associated Polish Home
9150 Academy Road, Philadelphia, PA 19114

New York – sobota, 1 kwiecień 2017
12.00 pm (po polsku)
3.00 pm (po angielsku)
Our Lady of Consolation Church
184 Metropolitan Ave. Brooklyn, NY 11249

New Britain – niedziela, 2 kwiecień 2017
1.00 pm (po polsku)
5.00 pm (po angielsku)
Gen. J Haller 111 Club, 112 Grover St.
New Britain, CT 06053

Bilety

ONLINE:
www.festpol.com oraz www.polticket.com

PUNKTY SPRZEDAŻY:

Pennsylvania:
POLKA HEALTH&BEAUTY tel. 215-739-2868
2721 E Allegheny Ave. Philadelphia, PA 19134

New York:
KSIĘGARNIA POLONIA tel. 718-389-1684
882 Manhattan Ave. Brooklyn, NY 11222
FONTANNA MŁODOŚCI tel. 718-417-1210
66-45 Fresh Pond Rd. Ridgewood, NY 11385
Aleksandra Nagorska tel. 347-282-3353

Connecticut:
POLDAREX tel. 860-225-9275
102 Broad St. New Britain, CT 06053
Janina Sendra tel. 860-990-9529
Renata Majka tel. 860-729-1543

Już Cię nie chcę.

Już Cię nie chcę.

“Do Polek na emigracji dociera, że nie muszą już być służącymi podającymi mężom obiady pod nos. Co więcej, zaczynają zarabiać tyle, że nie boją się samotności. To częsty powód rozstań za granicą, innym – tak jak w Polsce – jest zdrada i uzależnienie” – mówią polonijni prawnicy prowadzący sprawy rozwodowe. Wielu małżonków nie jest w stanie wytrzymać ze sobą nawet roku, najczęściej jednak rozstają się pary z wieloletnim stażem.

Pani Ewelina wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych ponad 15 lat temu. Zgodziła się na rozmowę, ale prosi, by nie podawać jej nazwiska. Nie wstydzi się rozwodu, ale powodu, dla jakiego chciała się rozstać. “Poznałam męża jeszcze w Polsce. Wychowywaliśmy się dwa domy od siebie, w małej wsi na Podkarpaciu, gdzie do dzisiaj rządzi tradycja. Baba jest do roboty i garów, a mąż ewentualnie do roboty. Rodziców nie obchodziło, że nie kocham narzeczonego. Byłam już 'starą panną’, bo miałam 19 lat i czas było wyjść za mąż” – opowiada Ewelina. Wyjechali do Nowego Jorku, by zarobić na dom i samochód. Tak jej się spodobało, że nie chciała wracać. Dostała pracę “na opiece” i zaczęła dobrze zarabiać. To przeszkadzało mężowi. Po kolejnej awanturze, że nie ma co jeść, bo mu nic nie ugotowała, wyprowadziła się do koleżanki. Jakiś czas później złożyła pozew o rozwód. “Byłam przerażona, bo nie znałam angielskiego, ale trafiłam na fajną polską panią adwokat i tak poprowadziła sprawę, że po kilku rozprawach było po wszystkim. Mąż oczywiście nie chciał się zgodzić. Byłam przecież 'jego własnością’, ale na szczęście tu prawo działa tak, że mogłam mu powiedzieć: sorry<$>, żegnaj, a on nie miał nic do gadania. Rodzina w Polsce dowiedziała się od niego i oczywiście do tej pory uważana jestem, nawet przez swoich rodziców, za tę złą. Uważają, że Ameryka pomieszała mi w głowie, tymczasem ja uważam, że otworzyła mi oczy” – twierdzi rozmówczyni “Nowego Dziennika”.

GOŚĆ W DOM – BABA DO GARÓW…

Polonijni terapeuci przyznają, że tego typu przypadki nie są odosobnione. Nie ma statystyk mówiących o tym, ile Polek i Polaków na emigracji występuje o rozwód, ale pewnie podobnie jak w Polsce, czyli z roku na rok nieznacznie, ale coraz więcej. Często zdarza się, że pary nie potrafią dotrwać nawet do pierwszej rocznicy ślubu. “Niektórzy mówią, że Ameryka przewraca w głowie, ale szczególnie wśród tych osób, które emigrują tu z małych miejscowości, nowa rzeczywistość może powodować szok kulturowy – uważa terapeutka Anna Twardoń, zajmująca się między innymi terapiami rodzinnymi. – Często kobiety orientują się, że są o wiele bardziej samowystarczalne, niż to się wydawało w Polsce na przykład. Okazuje się, że mogą zarobić, a nawet same się utrzymać, więc pewne powody, dla których czasami ludzie są w związku, przestają być takie ważne. W Polsce trzeba było mieć męża, dzieci, a tu okazuje się, że wcale nie trzeba. Teraz małżonkowie mają 30 lat i zupełnie nic ich nie łączy” – dodaje Anna Twardoń.

Ciężko jej oszacować, ile polonijnych par podejmuje decyzje o rozwodzie, bo do niej przychodzą osoby, które starają się jeszcze związek ratować. A takich par na pewno jest sporo. Polonijni prawnicy są z kolei zdania, że podobnie jak w Polsce, tak i za granicą z roku na rok rozwodzi się coraz więcej rodaków. “Nie tylko w Polsce młodzi Polacy rozwodzą się na potęgę. Tak samo jest w Stanach Zjednoczonych. Przychodzą do mnie osoby, które składały przysięgę małżeńską zaledwie kilka miesięcy wcześniej, ale też i osoby z ponaddziesięcioletnim stażem” – mówi mecenas Joanna Nowokuński, główna adwokat w firmie prawniczej Nowokuński Law Firm, PLLC w Nowym Jorku. – Z mojego doświadczenia wynika, że panie o wiele szybciej odnajdują się za granicą niż ich partnerzy. Natomiast panowie jeszcze chyba z czasów PRL-u przywożą przekonanie, że w domu ma czekać na nich gorący obiad, ma być posprzątane i wyprane. Nie obchodzi ich to, że żona także jest w pracy. Nawet pani nie wie, ile razy kobiety się skarżą, że mąż traktuje je jako służące, a one tak już nie chcą żyć, już nie muszą” – dzieli się swoimi spostrzeżeniami mec. Joanna Nowokuński. Wśród jej klientek jest na przykład pani, która nie tylko pracuje, nie tylko zajmuje się domem, ale do jej obowiązków należało nawet wymienianie oleju w samochodzie swoim i męża, niedługo już byłego.

Od takiego stylu życia uciekła do Nowego Jorku pani Halina. Mimo że nie znała tu nikogo, oprócz dawnej sąsiadki, u której mogła się przez tydzień zatrzymać, a po angielsku potrafiła powiedzieć tylko hello<$>, poradziła sobie na tyle dobrze, że już po kilku latach dostała zieloną kartę, później obywatelstwo. W metropolii zjawił się też jej mąż, przywiózł ze sobą dawne przyzwyczajenia. “W Polsce był królem, jak przychodzili do nas znajomi, to on się rozsiadał, a ja biegałam z kolejnymi talerzami. Z dziećmi do lekarza jeździłam ja, na wywiadówki chodziłam ja. Do tego oczywiście pracowałam, bo on miał trudności z utrzymaniem konkretnego zajęcia” – przyznaje pani Halina. Związek z mężem na emigracji nie trwał długo. On nie chciał się wyprowadzić z wynajmowanego mieszkania, więc swoją walizkę spakowała ona.

NAJWIERNIEJSI NA HAWAJACH

Dane dotyczące rozwodów w Stanach Zjednoczonych nie są jednoznaczne. Z tych opublikowanych właśnie przez amerykański urząd statystyczny (United States Census Bureau) wynika wprawdzie, że od trzech lat liczba rozwodów jest coraz niższa. Co więcej, w ub. roku osiągnęła poziom sprzed 35 lat. Jest jednak jedno ale – coraz więcej osób decyduje się na wspólne życie bez ślubu, a także na bycie singlem. Z raportu US Census Bureau wynika też, że obecnie co dziesiąty mieszkaniec Stanów Zjednoczonych jest przynajmniej po jednym rozwodzie. Średni wiek pierwszego rozstania to dla panów 30 lat, dla pań 29. Najczęściej do rozpadów małżeństwa ma dochodzić w stanach: Waszyngton D.C., Wyoming oraz Nevada, gdzie rozpada się co trzecie małżeństwo. Najrzadziej na Hawajach, a także w Wisconsin, Rhode Island, Delaware i New Jersey, gdzie najwyżej co dziesiąta para występuje o rozwód. W sumie w 2015 roku w całych Stanach Zjednoczonych doszło do ponad 800 tys. rozwodów. Ciekawe są też szacunki socjologów cytowanych przez National Center for Family & Marriage Research, którzy uważają, że obecnie tylko co drugie małżeństwo ma szansę na przetrwanie.

ZDRADA W INTERNECIE TO TEŻ ZDRADA…

Jeśli wierzyć statystykom, to w Stanach Zjednoczonych ponad połowa rozwiedzionych par nie ma dzieci. Najczęściej rozstają się osoby między 20. a 25. rokiem życia – nawet co trzecia z nich. Wciąż dominującym powodem jest zdrada, ale nie tylko. “Terapia małżeńska nie jest po to, by utrzymać związek za wszelką cenę, a bardziej zrozumieć, co się stało. Stąd na początku mówię pacjentom, że nie wiem, w którym kierunku pójdzie nasza praca. Może się tak okazać, że sensowniejszą decyzją jest właśnie rozstanie. Szczególnie jeśli w związku dochodzi do jakiejkolwiek formy przemocy” – wyjaśnia terapeutka Anna Twardoń. Jakie są jeszcze inne powody rozstań polonijnych par? „Ostatnio coraz częściej zdarza mi się spotykać z osobami, które skarżą się na zdradę partnera, ale w sieci – odpowiada terapeutka. – Wciąż najczęściej panie odkrywają, że mąż ma na przykład profil na portalu randkowym albo wysyła do jakiejś kobiety dwuznaczne SMS-y. Teraz jest pytanie: czy jest to działanie, które zostaje tylko w sieci, czy też dochodzi do realnej zdrady?”.

Nawet na polonijnych portalach ogłoszeniowych można znaleźć oferty “przyjaźni” damsko-męskiej, kierowane wyłącznie do mężatek. “Jeśli czujesz się niekochana, mąż nie ma dla ciebie czasu, chcesz się wygadać, a i może coś więcej – napisz” – pisze internauta Pieszczoch. Czy sam ma żonę? O tym nie informuje. Innym problemem niż zdrada, z jakim mierzą się pary na emigracji, jest uzależnienie, najczęściej od alkoholu. Część par zwraca się po pomoc do kliniki Outreach na Greenpoincie, gdzie pracują także polskojęzyczni terapeuci. “Zdarza, że alkoholik nie chce się leczyć i wybiera picie, wtedy pracujemy z jego najbliższymi, by nie utonęli razem z nim. Pomagamy podjąć decyzję, co dalej. Często jedynym rozwiązaniem jest separacja, szczególnie jeśli w dramat rodzinny włączone są dzieci. Natomiast Polki, szczególnie te starsze, wychowywane w tradycji katolickiej ratowania rodziny za wszelką cenę, niechętnie decydują się na rozwód. Taka jest przynajmniej moja obserwacja” – mówi terapeutka uzależnień Katarzyna Fiorita. Tymczasem koszt bycia w takim związku, szczególnie w którym dochodzi do przemocy, jest ogromny, łącznie z depresją i myślami samobójczymi.

ROZWÓD JAK ŚMIERĆ

Pani Iwona miała kochającego męża. Przynajmniej tak jej się wydawało. Poznała go kilka lat po przyjeździe do Nowego Jorku, tak jak ona – też wyjechał z Polski po lepsze jutro. Przez pierwsze dziesięć lat małżeństwa dużo podróżowali, razem podnosili swoje kwalifikacje, dorabiali się. W końcu przyszedł czas na dziecko. “To była nasza wspólna decyzja. Zależało mi na tym, by był przy porodzie. Zgodził się. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że będzie to najgorsze 20 godzin mojego życia. Córeczka nie ułożyła się tak jak powinna i nie byłam w stanie jej urodzić, na cesarkę było za późno” – wspomina pani Iwona. Na szczęście dziewczynka w końcu urodziła się zdrowa, po kilku dniach obie wróciły do domu. Dwa tygodnie później mąż oznajmił, że nie jest w stanie już dłużej być w tym związku. Decyzje miał przyśpieszyć koszmarny poród. “Powiedział mi wprost, że nabrał do mnie obrzydzenia. Co więcej, że od kilku miesięcy ma kogoś. Na początku myślał, że to tylko seks, ale po tym, co zobaczył w szpitalu, nie potrafi już ze mną być. Jedyny plus tej sytuacji to normalny rozwód. Nie robił żadnych problemów, wyprowadził się z domu, zostawił mi też samochód i mieszkanie na Florydzie. Płaci alimenty i regularnie widuje się z córeczką. A ja? Do tej pory nie jestem w stanie się pozbierać” – przyznaje pani Iwona. Bo bez względu na to, jak przebiega rozwód, jest to bardzo trudne doświadczenie, przez psychologów porównywane nawet ze śmiercią bliskiej osoby. “Proces odbudowania się po rozwodzie, kim jestem, jak mam dalej żyć – to jest ciężka praca. Amerykanie mają grupy wsparcia, w polonijnym świecie jeszcze o takich nie słyszałam, a szkoda” – uważa Katarzyna Fiorita.

IM KRÓTSZY, TYM LEPSZY

Od strony prawnej rozwód może się odbyć nawet bez obecności w sądzie małżonków, a może też ciągnąć się latami. Wszystko zależy, w jaki sposób jedna i druga strona chcą się rozstać. Znaczenie ma także miejsce, a nawet dana dzielnica i jak dużo spraw do rozpatrzenia jest w danym sądzie. Obliczono, że średnio w USA proces trwa ok. jednego roku. “Podczas rozwodu rozwiązane zostają wszystkie aspekty dotychczasowego wspólnego życia. Często klienci pytają mnie, czy muszą dzielić się majątkiem teraz, czy mogą podzielić się później, jak siostra lub brat, kiedy rozwodzili się w Polsce. Nie, w stanie Nowy Jork podczas rozwodu zostają zamknięte wszystkie sprawy. Nic nie jest zostawione na później” – tłumaczy mec. Joanna Nowokuński. Podkreśla też, że nie ma znaczenia, że para pobrała się w Polsce – by się rozwieść, nie muszą tam wracać. Także legalizacja amerykańskiego wyroku rozwodowego przez sąd okręgowy w ojczyźnie jest tylko formalnością i nie jest konieczna kolejna rozprawa. Warunek – złożenie odpowiednich dokumentów: oryginalny prawomocny wyrok rozwodowy i jego urzędowe tłumaczenie. Do wyroku należy dołączyć zaświadczenie o braku odwołania od wyroku – tzw. certificate of non-appeal<$>. Bezpłatne porady dotyczące poszczególnych dokumentów można uzyskać na przykład w polskim konsulacie na Manhattanie.

Co ważne, nie ma wymogu osobistego dostarczenia dokumentów w danym sądzie okręgowym, może to zrobić pełnomocnik. “W Stanach Zjednoczonych sędzia kieruje się zasadą – im krótszy rozwód, tym lepiej. Zwraca się do małżonków, by sami między sobą doszli do porozumienia w kwestiach na przykład podziału majątku. Generalna zasada jest taka, że wszystko, co zgromadzili podczas trwania pożycia, dzielone jest na pół. Oczywiście, że często się zdarza, że mąż czy żona kłamią, próbują zataić dochody, wyolbrzymiają. Wtedy sąd będzie zmuszony zarządzić przesłuchania świadków i rozwód automatycznie się przedłuża. Zdarza się, że nawet na kilka lat. Zwłaszcza gdy małżonkowie za wszelką cenę chcą sobie dokuczyć. Myślą: 'ja go puszczę z torbami’ albo 'ona zostanie tylko z walizką’. Tymczasem prawda jest taka, że nigdy nikt nie zostaje tylko z jedną walizką, chyba że na własne życzenie. W rozwodach nikt nie wygrywa i warto o tym pamiętać, szczególnie gdy są dzieci – mieszanie ich w rozgrywki dorosłych jest chyba najgorszym rozwiązaniem – uważa mec. Nowokuński i dodaje: – Liczmy się z tym, że na ławie siedzi osoba, która przez pięć dni w tygodniu, osiem godzin dziennie rozpatruje tylko rozwody. I pracuje w ten sposób na przykład od 20 lat. Co to oznacza? Że pewnie wszystko już widziała i słyszała, każdy przekręt i kłamstwo. Mimo to zdarza się, że ktoś chce być sprytniejszy i celowo opóźnia przyznanie rozwodu, bo na przykład kłamie o zarobkach, ale wtedy ja występuję o obarczenie kogoś takiego także i moimi kosztami sądowymi. Skoro chce się tak bawić, proszę bardzo, ale mój klient czy klientka nie muszą za to płacić”.

Opłata za rozwód zależy od długości jego przeprowadzania. Jak podaje portal lawyers.com, łączny koszt rozwodu w Nowym Jorku może wynieść między 5 tysięcy a 37 tysięcy dolarów, zaś średnia stawka godzinowa dla adwokata to 325 dol. Jeśli chodzi o zapomogę na dzieci, to obowiązkowa wysokość alimentów ustalana jest według skali procentowej zarobków. Na jedno dziecko jest to 17 proc., na dwoje 25 proc., na trójkę pociech – 29 proc., 31 proc. na czworo i nie mniej niż 35 proc. na pięcioro lub więcej. Jeśli rodzic zarabia mniej niż roczna minimalna kwota na utrzymanie samego siebie, która w tym roku wynosi 15 890 dol., to alimenty wynoszą 25 dol. na miesiąc. Alimenty w wysokości maksymalnie 3 proc. rocznych zarobków przysługują także żonie lub mężowi – w zależności od tego, kto zarabia mniej. Amerykański sąd dokonuje także podziału majątku w Polsce. Warto pamiętać, że obecnie nie ma znaczenia, z czyjej winy nastąpił koniec pożycia. “Obecnie rozwód jest łatwiejszy, niż się wielu osobom wydaje. Powiedzmy, że budzi się pani pewnego dnia i chce odejść. Przygotowuje pani wniosek, sama lub z adwokatem, i wręcza osobiście mężowi. To jest warunek – dokument musi zostać wręczony ręcznie. Nie może zostać przyklejony na drzwiach czy zostawiony na szafce nocnej. Po tym czasie partner ma w sumie 40 dni, by zareagować. Jeśli się zgadza, może się nawet obejść bez obecności małżonków w sądzie. Sprzeciw partnera (który na końcu i tak nie ma znaczenia) może opóźnić nieco proces. Ale sąd najczęściej zadaje pytanie wprost: po co pan czy pani walczy? Nie lepiej rozstać się jak dorosłe osoby? Dogadajcie się. Tak jak wspomniałam wcześniej, sędziemu też zależy na jak najszybszym załatwieniu sprawy” – twierdzi mec. Joanna Nowokuński.

BŁAHE POWODY?

A jak jest w Polsce? Też coraz częściej ekspresowo. W ponad dwóch na trzy przypadki o rozwód występuje kobieta. Najczęściej jako przyczynę rozwodu małżonkowie deklarują niezgodność charakterów – ponad jedna trzecia wszystkich rozwodów. Kolejne przyczyny to zdrada lub trwały związek uczuciowy z inną osobą – 25 proc., a ponadto alkoholizm – 19 proc. W 2013 roku statystyczny rozwiedziony mężczyzna miał średnio 40-41 lat, a kobiety były o ponad 2 lata młodsze. Od kilkunastu lat notuje się około 65 tys. rozwodów rocznie. W 2015 roku orzeczono ich około 66 tys. – o 24 tys. więcej niż w 1990 roku. “Gdy się rozwodziłam, a było to prawie 30 lat temu, to sędzia jeszcze próbował nas namawiać, by tego nie robić. Kolejne rozprawy wyznaczał za pół roku. Teraz, przynajmniej w Rzeszowie, czeka się maksymalnie dwa, trzy tygodnie” – mówi jedna z ławniczek w sądzie okręgowym na Podkarpaciu (imię i nazwisko do wiadomości red.). – Dla mnie większość tych powodów jest wciąż szokująca. Na przykład: znudziło mi się małżeństwo, albo: nie kupuje mi kwiatów z okazji urodzin, świąt czy imienin. Czasem mam wrażenie, że dla tych głównie młodych osób rozwód to swego rodzaju kara dla partnera i żarty z sądu” – uważa ławniczka.

Choć przyznaje, że równie często przyczyną rozstania jest zdrada, do której doszło gdy mąż czy żona byli na emigracji lub ignorancja partnerów. “Pamiętam jeden przypadek, kiedy dziewczyna, może miała 30 lat, aż się rozpłakała w sądzie zeznając, że mąż całkowicie ją zaniedbał. W tym przypadku nie chodziło o kwiaty czy bombonierki. Nie było go na przykład przy narodzinach synka, sama musiała z maluchem wracać ze szpitala, później jeździć na szczepienia. W domu sprząta, gotuje, zajmuje się dzieckiem. A on albo spotyka się w knajpie z kolegami, albo zalega przed telewizorem. Miała na to świadków i sąd bardzo szybko przyznał rozwód, mimo że mąż się nie zgadzał. Na którejś rozprawie stwierdził, że żona nie jest 'święta’, bo wysyłała kuzynowi nagie zdjęcia. Co na to sędzia? Zapytała, o co jeszcze walczy i po co, bo i tak nie ma szans, i małżeństwo się skończyło” – opowiada rozmówczyni “Nowego Dziennika”.

***

Mimo że w Polsce coraz przychylniej patrzy się na rozwody – już nie są tak szokujące jak jeszcze 20 czy 30 lat temu – to aż 84 proc. Polaków uważa, że liczba rozwodów w naszym kraju to drugi najpoważniejszy, po narkomanii, problem społeczny. Jeszcze ciekawsze są spostrzeżenia prawników prowadzących sprawy rozwodowe – szacują, że nawet 10 proc. par po rozwodzie wraca do siebie, także w Stanach Zjednoczonych.

AUTOR: ANNA ARCISZEWSKA

Źródło: http://www.dziennik.com/publicystyka/artykul/juz-cie-nie-chce

Floryda, ach Floryda!

Floryda, ach Floryda!

Wielu Polaków żyje w dwóch domach w dwóch stanach, na przykład w Nowym Jorku i na Florydzie. Dlaczego podejmują decyzję o wyjeździe na Florydę i życiu w rozkroku? Czy potem decydują się żyć na Florydzie na stałe? Ile czasu zajęło im sfinalizowanie takiej decyzji? Czy to była dobra decyzja, nie żałują, że ją podjęli? Pytań jest więcej… Spróbowaliśmy znaleźć na nie odpowiedź. Rozmawialiśmy z kilkoma rodakami. Wszyscy chętnie opowiadali o swoich decyzjach, o swoich losach, ale niektórzy prosili o zachowanie ich nazwisk tylko do wiadomości redakcji.

Każdy podejmuje tego typu decyzje na podstawie własnych doświadczeń, z myślą o spokojnej przyszłości – to oczywiste. Wnioski stąd płynące mogą być wskazówką i inspiracją dla innych osób, które chciałyby coś zmienić w swoim życiu, lecz brakuje im motywacji bądź odwagi.

FLORYDA SPRZYJA POLAKOM, A POLACY KOCHAJĄ FLORYDĘ
Na Florydę przeprowadza się coraz więcej Polaków. Liczbę mieszkańców o polskich korzeniach szacuje się już w tym stanie na około 900 tysięcy.
Polacy wybierają Florydę ze względu na walory klimatyczne, ale nie tylko. Floryda jest jednym z dziewięciu stanów USA, w którym nie wymaga się płacenia podatku dochodowego. Jest to szczególnie atrakcyjne dla właścicieli małych i średnich biznesów. Wielu z nich – po obliczeniu, ile oszczędności przyniesie im przeniesienie siedziby biznesu z Chicago, Nowego Jorku czy innych miejsc, gdzie obowiązują zarówno podatki federalne, jak i stanowe – zdecydowało się na zakup posiadłości właśnie na Florydzie.
Polacy chętniej mieszkają w domach niż w apartamentach. Wielu z nich posiada zwierzęta domowe, a także pomaga bezdomnym psom i kotom. Najchętniej kupują domy w okolicach Pompano Beach, Boca Raton, Derfield Beach, West Palm Beach na wschodnim wybrzeżu Florydy lub w okolicach Saint Petersburga, Clearwater oraz Naples na wybrzeżu zachodnim. Miami, mimo że przyciąga wieloma atrakcjami i rozwija się niezwykle dynamicznie, to jednak odstrasza cenami, które stają się – jak we wszystkich silnych ekonomicznie, dużych miastach – coraz bardziej wygórowane. W Miami warto natomiast kupić apartament jako inwestycję, wynająć go po wysokiej cenie i odsprzedać z zyskiem za kilka lat, gdyż ceny idą tu w górę w zawrotnym tempie.
Na Florydzie społeczność polska spotyka się w kilku polsko-amerykańskich klubach. Dynamicznie działają: Klub Sobieski w Lake Worth, klub Polonez w Fort Lauderdale, Centrum im. Jana Pawła II w Clearwater. Chętnie i licznie odwiedzana jest również Polska Misja Katolicka im. Matki Boskiej Częstochowskiej w Pompano Beach oraz Polski Narodowy Kościół Katolicki (parafia św. Józefa ) w Davie. W klubach polskich organizowane są często zabawy i imprezy kulturalne, występują w nich też znani artyści z Polski. Na Key Biscayne organizowane są zazwyczaj raz w miesiącu popularne pikniki polonijne.
Ważną rolę spełnia na Florydzie założony przez lady Blankę A. Rosenstiel Amerykański Instytut Kultury Polskiej w Miami. Lady Blanka pełni również rolę konsula honorowego RP na Florydzie oraz prowadzi założoną przez siebie Fundację Chopinowską.
Polacy są solidarni w nieszczęściu. Kiedy ktoś ma wypadek lub ciężko chore dziecko, mobilizują się do wspólnej pomocy. Zbierają też pieniądze na leczenie w USA niepełnosprawnych dzieci z Polski. Działa tu kilka zespołów muzycznych i tanecznych, a także teatr Bez Wizy. Istnieje kilka sobotnich szkół języka polskiego dla dzieci i młodzieży.
Floryda przyciąga również licznych Polaków, którzy wypracowali sobie emeryturę w innych stanach. Pozwala im na cieszenie się letnią pogodą, plażą, kąpielami w oceanie i ćwiczeniami w basenach przez cały okrągły rok. Sprzyja to utrzymaniu lepszej kondycji i lepszemu zdrowiu.
Bliskość kilku międzynarodowych lotnisk oraz portów oceanicznych zachęca do podróży na pobliskie Karaiby lub do Ameryki Łacińskiej. Brakuje, niestety, bezpośredniego połączenia lotniczego z Polską. Do innych stolic europejskich istnieją tanie połączenia lotnicze z Miami i Fort Lauderdale.

SEZONOWE PTAKI
„Snowbird” – jest to termin często używany w stosunku do ludzi zamieszkujących północne (zimne) stany Ameryki Północnej, którzy przemieszczają się w zimie na południe, do ciepłych miejsc, takich jak na przykład Floryda. Są to zazwyczaj emeryci, którzy chcą uniknąć odśnieżania, odladzania i wszystkiego, co się wiąże z niskimi temperaturami i zimą. Jednocześnie utrzymują więzi z rodziną i przyjaciółmi przez resztę roku.
„W ostatnich latach takim terminem są określani ludzie biznesu z naszego kraju ojczystego, których stać na dwa domy w dwóch klimatach, a których działalność biznesowa może być łatwo przenoszona z miejsca na miejsce dzięki najnowszym rozwiązaniom technologicznym – wyjaśnia pan Krzysztof, jeden z naszych rozmówców. – Do osób takich zaliczają się niewątpliwie właściciele jednej z dobrze prosperujących podwarszawskich firm budowlanych, Renia i Alek. Mieszkają w pięknym domu położonym nad oceanem w Palm Beach. Do tego stopnia polubili spędzanie zim w tym klimacie, że ich dwoje dzieci zaczęło uczęszczać do lokalnej szkoły. Mama, wykorzystując wolny czas, otworzyła przewód doktorski na pobliskim uniwersytecie w Gainesville na Florydzie. Ja i moja żona Basia od 35 lat mieszkamy w północnej części stanu Nowy Jork. Floryda stała się dla nas cudownym miejscem spędzania zim przed 10 laty, gdy nasza jedyna córka Dagny znalazła po studiach pracę w Palm Beach. Nasze wizyty u niej stawały się z czasem częstsze i dłuższe. Po przejściu na emeryturę spędzamy na Florydzie 3-4 miesiące w okresie zimowym. Jednym słowem, staliśmy się 'sezonowymi ptakami’ odlatującymi do ciepłego kraju, często nazywanego rajem” – dodaje pan Krzysztof.

Z GREENPOINTU DO SARASOTY
„Od 20 lat mieszkamy na Greenpoincie, czyli w dawnym dużym skupisku Polaków – opowiada pani Teresa. – Jesteśmy właścicielami trzysypialniowego mieszkania, które jeszcze parę lat temu dzieliliśmy z naszymi synami. Dzieci, po ukończeniu edukacji, usamodzielniły się i wyprowadziły do własnych miejsc. Bardzo lubimy to nasze mieszkanko i dzielnicę Greenpoint, mimo że rejon zmienił się bardzo, niemal codziennie widzimy zachodzące zmiany. Razem z nami, przez 15 lat, mieszkały też rybki w akwarium. Mamy nadzieję na utworzenie pięknego akwarium na Florydzie i kontynuacji naszego hobby.
Decyzja o wyjeździe na Florydę dojrzewała w nas przez ostatnie dziesięć lat. Najpierw wyjeżdżaliśmy tam parę razy w roku na krótkie wakacje. O tym, co dalej, często rozmawialiśmy w gronie rodzinnym. To była bardzo ważna decyzja, wręcz życiowa. Podjęłam ją, oczywiście, wspólnie z mężem Bogdanem. Oboje mamy swoje potrzeby, chcielibyśmy je wspólnie spełniać i realizować. Dwa lata temu postanowiliśmy kupić mieszkanie w bardzo interesującym miejscu, jakim jest Sarasota.
Niełatwo nam było znaleźć miejsce i mieszkanie, które sprostałyby naszym oczekiwaniom. W efekcie kupno mieszkania odbyło się bardzo szybko, ponieważ długo i bardzo uważnie obserwowaliśmy rynek sprzedaży. Kupiliśmy mieszkanie na nowym, pięknym osiedlu, blisko plaży, sklepów, ośrodków kulturalnych, lotniska i blisko naszych przyjaciół. Sfinalizowanie transakcji kupna zajęło nam dokładnie miesiąc. Bardzo spodobało nam się miejsce, no i cena.
Zamierzamy docelowo zamieszkać na Florydzie, kiedy już będziemy na emeryturze. Chcemy wcześniej przejść na emeryturę, aby cieszyć się życiem i możliwościami odpoczynku.
Czy to była dobra decyzja? Myślę, że decyzja o życiu na Florydzie jest bardzo dobra z wielu powodów. Po pierwsze – ze względów podatkowych. Floryda nie ma stanowych i miejskich podatków, co oznacza, że tutaj oszczędzamy spore pieniądze. Po drugie – rejon, w którym mamy zamiar mieszkać, jest bardzo piękny. Plaże wręcz zachęcają do codziennego spaceru. Po trzecie – miasto oferuje różnego rodzaju atrakcje kulturalne, jak na przykład: opera, balet, muzea, muzyka różnego rodzaju, sportowe atrakcje (lokalne, krajowe i międzynarodowe zawody w wioślarstwie). Odwiedzaliśmy to miasto przez ostatnie dziesięć lat obserwując nie tylko rynek nieruchomości, ale także lokalnych rezydentów i turystów, biznesy lokalne i interakcje samych ludzi. Znaleźliśmy tylko piękno i pozytywne reakcje na nasze uśmiechy i pytania” – podkreśla pani Teresa.

MIĘDZY NEW JERSEY, FLORYDĄ I KALIFORNIĄ
„Od wielu lat mieszkam z żoną Haliną w domu Colts Neck w Monmouth County, w stanie New Jersey. Nie mamy domowego zwierzątka, ale za to mamy wokół nas mnóstwo saren, ptaków i innej małej dzikiej zwierzyny – opowiada Jan Rutkowski. – W 2013 roku przyjąłem propozycję pracy jako general manager w firmie Bombardier, która podpisała kontrakt z zarządem pasażerskiej linii kolejowej Tri-Rail, która operuje pomiędzy Miami i West Palm Beach na Florydzie. Aby dobrze wywiązać się z kontraktu, zamieszkałem z moją Halinką w Pompano Beach. Dzięki temu poznaliśmy bliżej tę część Ameryki.
Po roku pobytu na Florydzie postanowiliśmy, że od tej pory jesienie, zimy i okres wczesnej wiosny będziemy spędzać właśnie tutaj, w ciepłym klimacie, w pobliżu ciepłych wód Atlantyku. Kupiliśmy dom w miejscowości Jupiter, około 10 mil na północ od West Palm Beach. Była to bardzo dobra decyzja. W okresie zimowym żyje się o wiele wygodniej w ciepłym klimacie. W grudniu idę sobie rano na spacer w krótkich spodenkach, co w New Jersey jest nie do pomyślenia.
W niedziele jeździmy na polską mszę świętą do kościoła Matki Boskiej Częstochowskiej w Pompano Beach, gdzie poznaliśmy wielu bardzo przyjemnych rodaków, mieszkających tu na stałe. Mamy w pobliżu dwa polskie kluby, jeden w Fort Lauderdale, a drugi w Lake Worth, gdzie zawsze coś fajnego się dzieje: organizowane są spotkania ciekawymi ludźmi, zabawy, bale. Mamy w pobliżu kilka dobrze zaopatrzonych polskich sklepów. Od czasu do czasu robimy z żoną wypady nad Zatokę Meksykańską i na Floryda Keys. Spędzamy też trochę czasu z naszym synem Tomkiem i wnukami w Boca Raton.
Przynajmniej na razie będziemy dzielić czas pomiędzy Florydę i New Jersey. Trudno nam zerwać więzi z New Jersey. Wyemigrowałem z Polski do USA w 1964 roku, w bardzo młodym wieku. Zamieszkałem w New Jersey. Tu chodziłem do szkoły, tu wziąłem ślub z Halinką i wychowaliśmy czworo dzieci. Zapuściliśmy korzenie w tym stanie, mamy dużo miłych wspomnień. W dalszym ciągu, ale już tylko na pół etatu, pracuję w moim zawodzie kolejarskim jako konsultant. Stąd też spędzam trochę czasu w północnej Kalifornii, w okolicach San Jose i San Francisco” – podkreśla Jan Rutkowski.

ROBOTA WCIĄŻ NAS TRZYMA NA BROOKLYNIE
Pani Zofia wyemigrowała do Nowego Jorku na początku lat 90. Wtedy jej celem było trochę zarobić, odłożyć i wrócić do Krosna, gdzie miała kawalerkę i gdzie mieszkali jej rodzice. Gdy po kilku miesiącach poznała obecnego męża, wspólnie zdecydowali, że zostaną w Stanach na stałe. „Gdy pojawiły się już jakieś konkretne pieniądze na koncie, zaczęliśmy się rozglądać za domem. Pod uwagę braliśmy Nowy Jork, New Jersey, Pensylwanię oraz Florydę. Wygrał najcieplejszy stan, bo w pewnym momencie zaczęło tam inwestować coraz więcej naszych znajomych” – mówi pani Zofia.
Nie chodziło tylko o klimat, ale także o niskie ubezpieczenia i podatki, które niejednokrotnie wynoszą mniej niż 1,5 procent wartości nieruchomości. „Nasz dom, położony w North Port w pobliżu Zatoki Meksykańskiej, ma powierzchnię 1700 stóp kwadratowych i jest raczej standardową nieruchomością mieszkalną w tym rejonie. Dla przykładu – w 2009 r. ubezpieczenie kosztowało nas 1130 dolarów, natomiast podatek 2270. W tym roku za ubezpieczenie płacimy 1283 dolary, więc tylko nieco ponad 50 dolarów więcej, natomiast podatek 2539, czyli o niespełna 270 dolarów więcej. Proszę teraz porównać sobie to z opłatami, jakie należy uiszczać w stanach Nowy Jork czy New Jersey” – podkreśla pani Zofia.
Rozmówczyni „Nowego Dziennika” kupiła dom w 2005 r. To nie był najlepszy moment na inwestycje. Wtedy kosztował 260 tys. dolarów, co wydawało się świetną okazją, ale gdy przyszedł kryzys, dom stracił na wartości aż 150 tys. Na szczęście dla pani Zofii i wielu innych osób, które znalazły się w podobnej sytuacji, ceny nieruchomości na Florydzie od kilku lat idą w górę, ale dla kupujących wciąż są one atrakcyjne. Pewnie dlatego coraz trudniej jest znaleźć lokatorów. „Z naszej paczki tylko my wynajmujemy dom, co prawda za niewielkie pieniądze, ale jednak. Natomiast wiele nieruchomości stoi pustych. Jest teraz tyle domów i mieszkań do kupienia, że naprawdę jest w czym wybierać i nie dziwie się, że ktoś woli zapłacić 200-300 dolarów więcej, ale raty za swój dom, niż na przykład 1000 dolarów za wynajmowanie cudzej nieruchomości” – mówi pani Zofia.
Z mężem planują wyprowadzkę na Florydę już od wielu lat, ale co roku przesuwają termin o kolejne 12 miesięcy. „Chodzi przede wszystkim o pracę męża, bo ja to już dawno bym się spakowała. Zresztą już od dłuższego czasu mamy zaplanowane, co ze sobą zabieramy (na przykład część mebli z sypialni i livingroomu), a co zostaje. Natomiast mąż dobrze zarabia, a do emerytury zostało mu jeszcze kilka lat. Czy jakbyśmy już się przeprowadzili na Florydę, to znalazłby podobną pracę? To jest właśnie pytanie, które sprawia, że mając własny dom w North Port, wciąż mieszkamy w wynajmowanym mieszkaniu na Brooklynie” – podkreśla pani Zofia.

Autor: ANIA NAVAS, JANUSZ M. SZLECHTA, ANNA ARCISZEWSKA

Żródło: http://www.dziennik.com/publicystyka/artykul/floryda-ach-floryda